000195a |
Previous | 6 of 8 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
r
--
V
JUL 4
Jerzy Seweryn Barbaro
Mamie&Ml
(COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC")
Golił się pośpiesznie przy oknie w za-miarze
jak najszybszego wyjścia do Kę-dzierskiego
dla załatwienia tej sprawy
z urzędem i dla otrzymania jeszcze ja-kje- jś
zaliczki gdyż był juz zupełnie bez
pieniędzy Marek siedział obok w kącie
zgnębiony smutny i spłakany — Co
się stało Marku? — zapytał półgłosem
— Nic — odpowiedział chłopiec poły-kając
łzy — Ręczy — wtrąciła Barba-ra
— że matka po niego zaraz samo-chód
przyszłe — Marek spojrzał na nią
z jakąś cichą i chłodna pogardą — Nie
chcesz wracać tam Marku? — szepnął
Mokrzycki — no to zostań tutaj —
Chłopcu rozbłysły oczy — Zostałbym
— odpowiedział też szeptem — został-bym
na zawsze tu na podłodze ale któż
mamusi będzie pilnował? — Hj Marku
— uśmiechnął się Mokrzycki — mamu-sia
przecież dorosła sama się upilnuje
— Pan nic zna mojej mamusi ona jest
jak dziecko robi na zlośe wszystko co
jej nie wolno — No a czego na przy-kład
mamusi nie wolno? — Nic wolno
jej — zaczął wyliczać surowo i poważ-nie
— nic wolno jej pić wódki nie wol-no
jej palić papierosów nie wolno jej
chodzie szybko po schodach nie wolno
jej podnosić ciękich rzeczy nie wolno
jej płakać nie wolno jej — wyliczał
długą litanię namyślając się i przypo-minając
— Któż ci to powiedział że le-go
nie wolno? — Doktór jak byłem u
niego z mamusią Kazał mi zapamiętać
wszystko czego nie wolno mamusi i po-wiedział:
"a ty pilnuj bo teraz jesteś
najstarszy w waszym domu" No i mu-szę
pilnować Nie nie mogę tu zostać
choćbym lak chciał! Z panem i z An-drzejkiem
Wicher przesłaniał okno kurzawą
Nad Polem Mokotowskim wiały dymy
chmury straszliwa zawieja rudego pyłu
nawianego tu z gruzowisk Warszawy Na
podwórzu sypały się jakieś belki" żela-stwo
framugi okienne z górnych pięter
— Czy wychodzisz gdzieś Basiu? —za-pytał
Barbary — Tak do Kornasiowej
Obiecała mi dać trochę zaliczki jeszcze
Muszę wykupić dziś płaszcz od krawco-wej
Absolutnie nic mam co na siebie
Józef
Wszystkie
— Co? A wysiedlanie? Dopiero się
zaczęło Ale i skończy się niezadługo
— Odpiął powolnym ruchem pas wyjął
z kabury pistolet systemu "Nagan" obej-rzał
w ręku i położył na stole koło czapki
i lampki Znowu ziewnął szeroko —
Z początku tak będzie wszędzie a później
ułoży się Spokój będzie
tała
— Czemu nie rozbierasz się? — spy
Nic chciało mu się ruszać z sofki Ca-ły
dzień na nogach nerwy naprężone
Przyjemnie było siedzieć w cichej izdeb-ce
Wreszcie leniwym gestem zaczął roz-pinać
pod szyją guziki bluzy Z czarnego
otworu okna wpadła ćma o
lampkę spadla na stół popelzla i znów
się zerwała do bezradnego lotu tłukąc
się o deski sufitu Raczenko spojrzał na
nią w gore gdy nagle doleciał daleki
ale wyraźny spicw słowika urywany w
pierwszych akordach przeszedł w dłucie
kląskanie a później w dźwięki podobne
tło fletu
— Późno póoozno śpiewają Połowa
czerwca U nas — i urwał ściągając
przez głowę bluzę — Słuchaj kto to
jest ta żona tego handlarza tu Roj kie-wic- za jak jej na imię? Znasz ją?
— Znam Weronika
— Ładna podobno
— A bo co? Nie wiem Nic dla mnie
konkurentka — odsunęła się do ściany
aby dać mężowi miejsce koło siebie w
łóżku
Raczenko juz w kalesonach zdmuchu-jąc
po drodze lampkę i idąc do lozka
zapylał:
— A ty w jaki sposób nic boisz sio
żeby nic włamali się nic okradli koope-ratywy?
— Mało tam jest do kradzenia Zre-sztą
też mam — uśmiechnęła sie uchy-lając
poduszkę pod która lcza! mały pi-stolet-
— Oho to my tu z tobą widzę rze
czywiście jak w pierwszych okopach na
posterunku — zażartował okrywając się
wspólnym kocem
Słowik śpiewał ciągle
Słowiki śpiewają zazwyczaj w maju
zależnie jednak od daty przylotu dłu-żej
Jui krócej bywa przez cały czerwiec
bo maszą wyśpiewać swoje Śpiewają tez
we dnie i nawet w samo południe ale
ludzieĄnie słyszą ich wtedy zajęci anć- -
40
włożyć — Uważaj tylko na siebie Ba- -
i sienko — powiedział — tak niebezpiecz-nie
teraz na ulicach Przy tym wietrze
— Wczoraj na Puławskiej — powie-działa
Barbara — i nie tylko na Puław-skiej
Na szosie Wilanowskiej całe drze
wa waliły się pokotem a cóż mowie o
Ljjfarszawie
Mokrzycki skończył golenie — Ko-niecznie
musisz wyjść'' Może ja — Ko-niecznie
— ucięła krotko
Gdy otworzy! drzwi i wychodził na
schody wionęło stamtąd grzmotem hura-ganu
W ruinach piwnic dudnił ciężki
mosiężny łomot na górze uderzały o sie-bie
szyny zawieszone nad próżnią a aku-styka
pustej wypalonej klatki schodo-wej
zlewała te dźwięki w rumor straszli-wej
toczącej się nieuchronnie lawiny
fos ciemnego i niewypowiedzianego ści-snęło
mu serce Rzucił spojrzenie za
siebie Barbara stała na Ile okna prze-słoniętego
wirem kurzu z Andrzejkiem
na ręku — dwie jasnowłose głowy zla-ne
w jedną złocistą plamę Byłby dla-czeg- oś
zawrócił od progu — podejść do
nich powiedzieć coś co go ściskało za
gardło zajrzeć im w oczy uśmiechnąć
się no — wreszcie sam nie wiedział co
upanowai się i — wyszeui Jeszcze na
podwórzu obejrzał się na okno: za mgli-stą
połówką szyby zobaczył dwie jasne
złociste dalekie plamy
Na mieście starał się załatwić wszy-stko
jak najszybciej Od Kędzierskiego
wziął podanie do urzędu lecz gdy w u-rzęd- zie przekonał się że zajmie mu to
sporo czasu bo ktoś gdzieś wyszedł a
ktoś jest na konferencji schował poda-nie
do kieszeni Kędzierskiemu powie
że io odpowiedź kazano mu zgłosić się
za kilka dni a w ciągu tych kilku dni
sprawę załatwi Wrócił więc na Szpitalną
uspokoił Kędzierskiego i wyciągnął odeń
z trudem kilkaset złotych "do obliczenia
w przyszłym tygodniu" Wsiadł do troi'
leybusu na Zgoda Prędzej do domu!
Może jeszcze zastanie Barbarę? Na rogu
Piusa i Alei wichura zerwała przewod-niki
trolleybus był unieruchomiony po- szedł więc pieszo Ujazdowskimi Szucha
Litewską raz po raz walcząc z nawrota-mi
wichury Wiatr dymił kurzył rwał
-
i
prawa autorskie zastrzeiont
uderzyła
69 i
stwem powszednieli dziennych spraw
XXXVI
Furmanka przetoczyła się bokami o-mija- jąc łańcuch wsi rozsiadłych nad rze-ką
i wyjechała na boczną drogę Ewentu-alnej
pogoni nic było się tu czego oba-wiać
Noc była ciemna i cicha Wszelki
glos dochodził bardzo daleka również
dojrzeliby zawczasu światła reflektorów
Droga nie posiadała rowów i wystar-czyło
skręcie po prostu w bok w pola
między żyta czy ukryć się za jakąś kępą
drzew by przepuście goniących Ale poza turkotem własnego wozu nic nie przery-wało
eiszy Paweł dal wytchnąć konio-wi
i puścił go krokiem
— Stan na chwilkę — odezwała się
Marta Zsunęła się wozu zaczepiając
z tylu spódnicą odeszła kilkanaście kro-ków
niknąc w ciemności
— Skorzystam i ja — powiedziała po
chwili Weronika z pewnym zawstydze-niem
i poszła w tym samym kierunku
Paweł opierając się jedna ręka o zad
koński a drugą o bokowkę wozu zesko
czył wyprostował nogi pochodził koło
konia wsadził rękę pod chomąt aby
sprawdzić czy bardzo zgrzany i popra-wił
uprząż Wtedy doszedł jego uszu da-leki
odgłos jadącego pojazdu Wróciły
kobiety i we troje stali jakiś czas nasłu-chując
7 niepokojem Ktoś jechał z tyłu
— Człowiek jakiś — szepnęła We
ronika Tak teraz nie było już wątpli-wości
ze wśród nocnej ciszy toczvła się
gospodarskim truchtem bez pospiechu
próżna klekocząca żclaziwem chłopska
furmanka W milczeniu ruszvli dalej kro
kiem Paweł odwrócił sie dwa razv ale
nie było widać kto nadjeżdża
Dopiero po upływie pół godziny nie-znajomy
dołączył się do nich przeszedł
również na krok i pojechał z tyłu Kon
jego sapał w plecy kobietom usiłując
pyskiem doszukać siana w przednim wo-zie
Biło eden przyjemne ciepło i za-pach
końskiego potu Z wozu zeskoczył
człowiek niskiego wzrostu z biczem w
reku i podszedł do Pawła
— Przez puszczę pojedziecie? — za-pytał
— Przez puszczę
Podreptał milcząc a później głośno
wciągnąwszy powietrze wysmarkał nos
w dwa palce
"ZWIĄZKOWIEC" ClttWitC ( iw) --Sobota 4 — 1960
szarpał się z przechodniami z drzewami
z szvldami Na Litewskiej gwałtowm po-dmuch
niósł 2orą kawałki blachy krze-py
dykty druty gałęzie PrzeclYdnie
kryli się po bramach biegli gęsiej" po
jezdni szamocąc się z wichurą w tuma-nach
kurzu
W domu zastał tylko Kowalczyka z
Andrzejkiem — A dobra że pan jest!
— wołał Kowalczyk bo musowo mi za-raz
wyjść na momencik Basia juz je-ździła
do swojej starej forsę zafasowała
teraz poskoczyła po płaszcz do krawco-wej
Zaraz tu będzie a ja musowo na
momencik! Andrzeja panu zosta 'am
przy piersi
Domyślał się że to "musowo" to klc-pi- k
naprzeciwko gdzie Kowalczyk miał
wyrobione stosunki mir i zawsze r po-czekaniu
kieliszek spod lady z rąk za-żywnej
i apetycznej wdówki — właści-cielki
Podkpiwali nawet sobie kiedyś
z Barbarą w przystępie dobrego hi mo-ru
Kowalczyka na ten temat że tylko
patrzeć jak pan Leon wyprowad-- : się
naprzeciwko a Basia zapraszała -- e w
kumy Kowalczyk na to podkręcał wąsa
i mrugał figlarnie
Był już w drzwiach gdy Mokrzycki
zapytał o Marka Kowalczyk odwróć:! się
— Był samochód ze służącą od inżyniera
zabrała walizkę i Marka Popatrzyli na
siebie z Kowalczykiem w oczy milcząc
— Jak pan chcesz szwyraj pan w Iru-si- e
kamieniami panie Mokrzycki bo ja
— mc tioKonczył i zamKnąt drzwi za
sobą
Zostali sami — )o raz pierwszy —
Mokrzycki i Andrzejek Chłopiec siedział
w wózku i przyglądał się uważnie swoim
paluszkom szepcąc coś do siebie bez-dźwięcznie
Liczył je? Wróżył sobie''
Mokrzycki podszedł do niego przy-isia- dl
na niskim stołeczku na którym
[zwykle siadywała przy wózku Barbara
Zajrzał z bliska w świetliste czarodziej-skie
oczy pod ciemne cienie rzęs Chło
pin iimiu iini c unusii mu przeMująe
szeptać
— O czym lv mówisz Piotrusiu —
zapytał cicho Mokrzycki — co? Liczysz
souie cos a co:
Chłopiec spojrzał milcząco i z dale- -
Jui wkrótce rozpoczynamy druk
nowej pasjonującej powieści
obyczajowej
T DOLEGI-MOSTOWICZ- A wnikliwego obserwatora
epoki międzywojennej
p t
i SKA
£Ę- - Vmsi'sssis3ś-- -&- s- sm- iwmwwwwmmwwwmmmwwmw„wwwmwwwmwmwwwm1wmm Jackiewicz Droga Donikąd
n§se€iis§ii
z
z
BRACIA
DALCZ
— Nu to pojedzicm razem śmielej
razem
Pawcl nic odpowiedział
— Wy co od wywózki moża ucieka-cie?
— zapytał nieznajomy idąc ciągle
obok i kładąc rękę na drabinkę
— Nieee
— Ech życie nasze! — Zawrócił z
westchnieniem na swój wóz i nie rozma-wiali
aż zaczęła się puszcza Po godzi-nie
chłop znów podszedł do Pawia
— Koniom trzeba dać wypocząć
— Trzeba
Ale przejechali jeszcze kawał drogi
zanim skręcili z traktu w boczną ścieżkę
między gęste krzewy i wreszcie wybrali
miejsce na trawiastej polanie
Teraz gdy nieznajomy był już mię-dzy
nimi wszyscy dlaczegoś radzi byli
jego obecności Marta rozłożyła jedzenie
i natychmiast zaprosiła go by sobie pod-jadł
Ponieważ się ociągał przez grzecz-ność
Weronika dorzuciła prędko:
— Proszę zakąsić — choć nie była
tu gospodynią i prowiant nie należał do
niej I ona nie chciała żeby odszedł
Było raźniej przy nim i można bvło nic
rozmawiać na tematy których wszyscy
pragnęli uniknąć
— Pewnie ze jedna będzie zona a
artiga może siostra? — zapytał tamten
kładąc kawał słoninv na chleb
i Lt i„ju „:„
była ciepła ale wilgoć przejmowała ple-cy
odwrócone od ogniska Kobiety
chciały jeść poszły spać w sianie na
wozie Okryły kożuchami głowy bo ko-mary
zaczęły strasznie dokuczać
Chłop wstawał co chwila znikał poza kręgiem światła padającego z ogniska
Jakimś przyrodzonym węchem znajdy-wał
w ciemności suche gałęzie i smo-laki
wracał podsycał ogień Spać
mu się widocznie nie chciało Paweł co
jakiś czas pochrząkiwał dając tym do
zrozumienia że dotrzymuje towarzystwa
— Od wywózki można uciekać? —
zapytał powtórnie niezrażom- - uprzed-nim
milczeniem Pawła
A czy od wywózki uciekają gdzie
ludzie''
Nie słyszałem Ale — dodał po
krótkiej pauzie — człowiek człowieko-wi
nic równy Na oko zdaje sic i podobny
jeden do drugiego ot chociażby jak ta
sosna jedna do drugiej A podejdziesz
piłować każda inna 1 wysokość i grubi-ni- a
i sęki u takie a u drugiej
obacz zdaje podobne a dlatego za
wszystkiem inne zdaje sie że bol-szewi- ki tez różne Z daleka jedne
i te same a pogadasz niektóre bardzo
przyzwoite ludzie inne niezgodne
— Co z tego że różne kjedv jedni
i drudzy zyć dają
— To inna sprawa To ja liczą aa
nasze grzechy żyli mv zda sja fcv vii niczego mf raKrO a ot
ka Zacisnął surowo usta podniósł głowę
i nadsłuchiwał czy wyczekiwał czegoś
poprzez grzmoty wichury Patrzył przed
siebie nie mrugając szeroko otwartymi
świetlistymi dalekimi oczami Barbary
— Słuchaj Piotrusiu — zaczął Mo-krzycki
szeptem lecz w tej chwili sam
posłyszał kroki na schodach i zaraz pu-kanie
do drzwi — Proszę — zawołał
W drzwiach stanął jakiś obcy jego-mość
wysoki bardzo elegancki wynio
sły Głos miał spokojny i władczy:
— Przepraszam Czy tu mieszka pa
ni Mokrzycka?
— Cichy okrzyk Andrzejka Mokrzyc-ki
odwrócił się i spojrzał Chłopiec mi-gocąc- yci
jak tęcza oczami wpatrywał
w stojącego w drzwiach Powiedział ci
lecz niezmiernie wyraźnie:
— Tata
Nieznajomy obrzucił chłodnym spo-kojnym
spojrzeniem pokój graty wózek
Andrzejka Mokrzyckiego Tak samo
władczo:
— Pytałem czy tu mieszka pani Bar-bara
Mokrzycka?
Mokrzycki odzyskał głos Czuł że
blednie bardzo blednie Zrobił krok do
przodu
— Tu A czego pan chce?
Nieznajomy uniósł lekko jedną brew
Powiedział o pół tonu grzeczniej
— Chciałem widzieć się z panią Mo-krzycką
Powiedziano mi przed godziną
w barze o którym wspominała pani Mo-krzycka
w liście że pojechała do domu
Widzę że nic zastałem
— Nic zastał pan Wyszła A czy —
mogę — wiedzieć Z kim mam przy-jemność?
Kąciki ust nieznajomego zadrgały
zniecierpliwieniem Mimo to nic straci!
nic ze swego zimnego spokoju
— I ze swej strony: czy mogę wie-dzieć:
— Może pan Ja jestem mężem pani
Mokrzyckiej
— A-a-- a — zdziwił się nieznajomy
i twarz mu drgnęła na jedne przelotne
ćwierć sekundy Zdjął kapelusz — Pan
Mokrzycki? Bardzo mi miło Bardzo Sły-szałem
wiele pochlebnych słów o panu
od pani Barbary' a wysoce sobie cenię
jej opinię Ale pani Barbara pisała do
mnie przed miesiącem że pan
Zdania miał toczone okrągłe zimne
"To jakiś upiór" — przemknęło Mokrzyc-kiemu
przez głowę — "to jakiś upiór"
Bvło coś istotnie obezwładniającego w
tyra strasznym dziwnym człowieku z
tym nieludzkim chłodem w oczach z tą
przepiękną rzeźbioną twarzy tak
absurdalnie eleganckim na tle zakopco-nej
ściany stolnicy na gwoździu i stare-go
wypłowiałego szlafroka Barbary
Wiatr sypnął kurzawą piasku o szyby
Na górze wszystko dudniło chrzęściło i
grało O sufit grzmotnęła cegła Niezna-jomy
spokojnie spojrzał na sufit
V '- -
i
Znaczy żyli ale grzeszyli Tfu! i tych
komarów skąd ich bierze się taka siła
czuma ich wie! — Odmachnął ręką i
zamilkł
Cierpko pachniało surową ziemią mo-krą
trawą z lasu szła ostra woń nawil-głyc- h
liści zmieszana z jakimś nieu-chwytnym
zapachem trochę drzewnej ko-ry
trochę mchu biota czy gnijącego
igliwa czegoś takiego znanego od dziec
ka a przecież z trudem dającego się o-kreś- lić
"Ach dlaczego zamilkł dlaczego za-milkł"
— pomyślał Paweł uciekając od
własnych myśli Przez chwilę szukał
czym by podsycić rozmowność przygod-nego
towarzysza i wreszcie zapytał:
— Co to za słowo takie: czuma?
— A to przywyczka taka niby
przekleństwo To jest choroba
— Ach dżuma! Ale w naszym kraju
ani jako choroba ani przekleństwo nic
lo chyba gdzieś z południa Ro-sji
czy z Azji?
— Po prawdzie powiedzieć pra
wic zgadł Tam w tych stepach nad Azo-we- m
na Kubaniu to wszyscy tak prze-klinają
Ja jeszcze w tamtej wojnie z car-skiej
armii popadł do krasnej Jeszcze
jak Trocki był wojennym komisarzem
No i wojował tam dwa lata Ale niech
ich czum To jak pan mówisz?
— Dżuma
Która zona a która siostra — nie muu jj uj: pytał acl lasem zbierała sie me a Noc —chmcewicihouryoubfaiu! D111o1ś1ć111 mcm uuuif
nie
i
tej
nimi
—
—
jednej
się
Mnie
są
a
nie
się
cho
maską
ot
znane
to
jaka 01 wiesz nic
ochota pod sowiecką władzą żyć
— Straszno?
— Straszno — Poprawił patykiem w
ognisku — To znaczy jakby to powie-dzieć
Przykładem siedzimy teraz w
puszczy a naokoło las czarny noc tylko
sowy krzyczon Strach z tego nie duży
ale choćby mały a zawsze strach Ale
to nie ten strach Nie tego gatunku
Bo jest taki że człowiek nie umierać się
boi a żyć Bywa tak w życiu Zdaje się
jednego dnia nic takiego i nie stało się
i jeść masz co i spać gdzie i tych pie-niędzy
kilka groszy i żywioły wchlewie
nakarmione a wyjdziesz z chaty spoń-rzys- z
w pole czyli w niebo i jakby ja-kaś
nudność człowieka za gardło chwyta
Bywa tak nic?
— Bywa — odparł Paweł
— No właśnie Podobnie choroba
Różne są i nawet niektóre bardzo bole-sne
Rak jaki róża kłucie w boku
człowiek umiera Ale bywa taka choro-ba
zdaje się boli-nic-bo- li a nawet jeżeli
boli to nie od bólu ale taka straszna
nudność nachodzi i gryzie i człowiek
sechnie nie wiedzieć od czego A doktor ' uczony człowiek a tego nie rozumie
Moża czasem znachor jaki ale też rzadko
żeby wykrył samą tę główną przyczynę
Dlatego każdy teraz przv sowietach cho
dzi wszystko równo jak kwaśne jabłko
zjadłszy rożnych przyczyn dopatruje się
a głównej zrozumieć nie może A ta
przyczyna to i jest- - zfryzeła
JEDYNY POLSKI
SALON PIĘKNOŚCI
Marya's Beauły Parlor
Specjalizacja w trwałej
ondulacji "Permanent"
Ws we
216 Bathurst S EM 8-44-
32 P
WYKWALIFIKOWANY
MSKI I DAMSKI
KRAWIEC Z EUROPY
BERESNEVICIUS A B
LE 1-1-
432
1299 Dundas St W Toronto
p
BIURO TŁUMACZEŃ
Dr jur
J K MICHALSKI
Wizy — Paszporty
Emigracja itd
57 OUEEN ST W -
(koło Eay)
OKULIŚCI
EM 8-94-
30
pok 308
9P
OKULISTA
S BROGOWSKI OD
420 Roncesvalles Ave
(blisko Howard Park)
Godziny przyjęć od 10-6- 30 oraz za telefonicznym porozumieniem
Tel LE 1-42-
51 — CL 98029
P
OKULISTKA
J T SZYDŁOWSKA
OD FBOA
Badanie oczu szkieł 1 do- pasowywanie "contact lenses" — od 10- -7 soboty włącznie
w innych za uprzednim
porozumieniem
1063 Bloor St West LE 2-87-
93 (róg yj-- p
Lunsky
WA 1-3- 924
Toronto
dobieranie
codziennie
godzinach
IIavclock)
_
TAiC 1 AU I I I
'
DENTYŚCI
i
Dr
LEKARZ DENTYSTA
(drugi od Roncesvallts) Przyjmuje za uprzednim telefo-niczny-m
porozumieniem
Telefon LE 1-4-
250 129 Grenadier Rd $
Dr V JINDRA
LEKARZ - DENTYSTA
zawiadamia pacjentów dr Więcków sklcgo o przyjęciu prakUkl m
310 Bloer St W Telef WA i-o-ui
Wizyty za uprzednim porozumieniem
telefonicznym 49P
DR W W SYDORUK
DENTYSTA
Przyjmuje po uprzednim telefonie nym porozumieniu
80 Roncesvalles Ave - Toronto
Tel LE 5-36-
88
1P
DR L GRANOWSKI
DENTYSTA CHIRURG
Mówi po polsku
514 St W — Toronto
Tel 8-90-
38 m lr 470 Sł
Oczy badamy okulary do wszystkich defek-tów
wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku
Lach
Stanisław J Lach DC Władysław J Lach DC
DOKTORZY CHIROPRAKTYKI
prześwietlenia
124 Roncesvallat Ave — Toronto — LE 5-12-
11 Hf
BRACIA ŁUKOWSCY
DOKTORZY
Specjaliści w leczeniu artretyzmu reumatyimn
polio lumbapo Ry-l- d dolt&liwości muskułów
i nawów oraz zasilania i normowania całego
organizmu — X-Ra- y prześwietlenia
1B48 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL RO 9-22- 59
140 CHURCH ST ST CATHARINES
Władysława
SADAUSKAS
Okulista
College
dostosowujemy
Chiropracłic Clinic
Luck Chiropracłic Clinic
CHIROPRAKTYK
TEL MU 4-31- 61
LANDIS PHARMACY
462 Queen St W Toronto EM 8-21-
29
Nasza apteka to wasz punkt gdzie znajdziecie poradę w zakupie
różnych witamin i lekarstw dla waszego zdrowia Kwalifikowany
aptekarz jest zawsze dla waszych usług w sprawie wysyłek le-karstw
do Europy Lekarstw? najwyższej jakości i świeżości po
cenach najniższych Gwarantujemy dokładną poradę w wyborze
iwaiunyiŁuw unsnizymy was w waszym ojczystym języku
30P
APTEKA GARDIANA
Właieieiel TADEUSZ GARDIAN Najstarsza polska apteka w Toronto wykonujemy n?cepty ze wszystkich krajów
Zamówienia wysyłamy natychmiast
Piszcie telefonujcie lub zgłasza jcie ?iC
osobiście — Popierajcie polska aptekę
WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POLSKI
I INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DO USSR
297 Roncesvalles Ave Tel LE 6-30-
03
TORONTO ONT
dom
Dundas
EM
3--r
RATUJCIE WASZE ZDROWIE LEKAk-TWA-MI
ROŚLINNYMI
Misjonarz w AbiUbi uratował-- tysiące ludzi z ciężkie"
chorób przy pomocy prawdziwych lekarstw rcunn?cn- -
Piszcie z całym zaufaniem co Wam dolecą i polecajcie
zus swoim znajomym Ceny umiarkowane
Adres: Le$ Remedes du Pere Missionaire
Box 1360 Amos P Que Canada &
uwaca M C Skin Ointment "
oftS' 1°" nin°szcgo patentu M C używa sie do leczenia "gCS
wSe7hr)ifS£°nL"nJ:n or -- szclklego rodziju egzem I UsiJow £ w?s4vPn2chv!inorI Wweh Skonie choroby jak egzema BSg
™f ky' mePokcJa 1 męczą ludzi ezaserc całymi Uwal usij
2i L° P0 U2ciu powyższej mafcl "M C Skin Ointment - i przesyłką pocztową $2Jo
Maść tę wyrabia Mrs M Czuliński wytwórnia skórnych roafci
"M C SKTN ntKTMKKT"
M C CORN OINTMENT
M cymUSllei?-M- - C2-- £ e p"r"2ecłfMf o°dcsiskdomsąi lneacjzseknuitueczbnroiedjaszweek } CaJ} na znaleźć na rvnko kinnd i_ -- _ oeJpSduntrek"h' W rMle ™™ " Pi$ "L
xc ? ""- - "--o Tororro gn ti lł - j-- -i raae niezadowolenia zwracamy pieniądze po tygodniu
----s- ------
T
r~- - a w
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, June 04, 1960 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1960-06-04 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000414 |
Description
| Title | 000195a |
| OCR text | r -- V JUL 4 Jerzy Seweryn Barbaro Mamie&Ml (COPYRIGHT BY "ZWIĄZKOWIEC") Golił się pośpiesznie przy oknie w za-miarze jak najszybszego wyjścia do Kę-dzierskiego dla załatwienia tej sprawy z urzędem i dla otrzymania jeszcze ja-kje- jś zaliczki gdyż był juz zupełnie bez pieniędzy Marek siedział obok w kącie zgnębiony smutny i spłakany — Co się stało Marku? — zapytał półgłosem — Nic — odpowiedział chłopiec poły-kając łzy — Ręczy — wtrąciła Barba-ra — że matka po niego zaraz samo-chód przyszłe — Marek spojrzał na nią z jakąś cichą i chłodna pogardą — Nie chcesz wracać tam Marku? — szepnął Mokrzycki — no to zostań tutaj — Chłopcu rozbłysły oczy — Zostałbym — odpowiedział też szeptem — został-bym na zawsze tu na podłodze ale któż mamusi będzie pilnował? — Hj Marku — uśmiechnął się Mokrzycki — mamu-sia przecież dorosła sama się upilnuje — Pan nic zna mojej mamusi ona jest jak dziecko robi na zlośe wszystko co jej nie wolno — No a czego na przy-kład mamusi nie wolno? — Nic wolno jej — zaczął wyliczać surowo i poważ-nie — nic wolno jej pić wódki nie wol-no jej palić papierosów nie wolno jej chodzie szybko po schodach nie wolno jej podnosić ciękich rzeczy nie wolno jej płakać nie wolno jej — wyliczał długą litanię namyślając się i przypo-minając — Któż ci to powiedział że le-go nie wolno? — Doktór jak byłem u niego z mamusią Kazał mi zapamiętać wszystko czego nie wolno mamusi i po-wiedział: "a ty pilnuj bo teraz jesteś najstarszy w waszym domu" No i mu-szę pilnować Nie nie mogę tu zostać choćbym lak chciał! Z panem i z An-drzejkiem Wicher przesłaniał okno kurzawą Nad Polem Mokotowskim wiały dymy chmury straszliwa zawieja rudego pyłu nawianego tu z gruzowisk Warszawy Na podwórzu sypały się jakieś belki" żela-stwo framugi okienne z górnych pięter — Czy wychodzisz gdzieś Basiu? —za-pytał Barbary — Tak do Kornasiowej Obiecała mi dać trochę zaliczki jeszcze Muszę wykupić dziś płaszcz od krawco-wej Absolutnie nic mam co na siebie Józef Wszystkie — Co? A wysiedlanie? Dopiero się zaczęło Ale i skończy się niezadługo — Odpiął powolnym ruchem pas wyjął z kabury pistolet systemu "Nagan" obej-rzał w ręku i położył na stole koło czapki i lampki Znowu ziewnął szeroko — Z początku tak będzie wszędzie a później ułoży się Spokój będzie tała — Czemu nie rozbierasz się? — spy Nic chciało mu się ruszać z sofki Ca-ły dzień na nogach nerwy naprężone Przyjemnie było siedzieć w cichej izdeb-ce Wreszcie leniwym gestem zaczął roz-pinać pod szyją guziki bluzy Z czarnego otworu okna wpadła ćma o lampkę spadla na stół popelzla i znów się zerwała do bezradnego lotu tłukąc się o deski sufitu Raczenko spojrzał na nią w gore gdy nagle doleciał daleki ale wyraźny spicw słowika urywany w pierwszych akordach przeszedł w dłucie kląskanie a później w dźwięki podobne tło fletu — Późno póoozno śpiewają Połowa czerwca U nas — i urwał ściągając przez głowę bluzę — Słuchaj kto to jest ta żona tego handlarza tu Roj kie-wic- za jak jej na imię? Znasz ją? — Znam Weronika — Ładna podobno — A bo co? Nie wiem Nic dla mnie konkurentka — odsunęła się do ściany aby dać mężowi miejsce koło siebie w łóżku Raczenko juz w kalesonach zdmuchu-jąc po drodze lampkę i idąc do lozka zapylał: — A ty w jaki sposób nic boisz sio żeby nic włamali się nic okradli koope-ratywy? — Mało tam jest do kradzenia Zre-sztą też mam — uśmiechnęła sie uchy-lając poduszkę pod która lcza! mały pi-stolet- — Oho to my tu z tobą widzę rze czywiście jak w pierwszych okopach na posterunku — zażartował okrywając się wspólnym kocem Słowik śpiewał ciągle Słowiki śpiewają zazwyczaj w maju zależnie jednak od daty przylotu dłu-żej Jui krócej bywa przez cały czerwiec bo maszą wyśpiewać swoje Śpiewają tez we dnie i nawet w samo południe ale ludzieĄnie słyszą ich wtedy zajęci anć- - 40 włożyć — Uważaj tylko na siebie Ba- - i sienko — powiedział — tak niebezpiecz-nie teraz na ulicach Przy tym wietrze — Wczoraj na Puławskiej — powie-działa Barbara — i nie tylko na Puław-skiej Na szosie Wilanowskiej całe drze wa waliły się pokotem a cóż mowie o Ljjfarszawie Mokrzycki skończył golenie — Ko-niecznie musisz wyjść'' Może ja — Ko-niecznie — ucięła krotko Gdy otworzy! drzwi i wychodził na schody wionęło stamtąd grzmotem hura-ganu W ruinach piwnic dudnił ciężki mosiężny łomot na górze uderzały o sie-bie szyny zawieszone nad próżnią a aku-styka pustej wypalonej klatki schodo-wej zlewała te dźwięki w rumor straszli-wej toczącej się nieuchronnie lawiny fos ciemnego i niewypowiedzianego ści-snęło mu serce Rzucił spojrzenie za siebie Barbara stała na Ile okna prze-słoniętego wirem kurzu z Andrzejkiem na ręku — dwie jasnowłose głowy zla-ne w jedną złocistą plamę Byłby dla-czeg- oś zawrócił od progu — podejść do nich powiedzieć coś co go ściskało za gardło zajrzeć im w oczy uśmiechnąć się no — wreszcie sam nie wiedział co upanowai się i — wyszeui Jeszcze na podwórzu obejrzał się na okno: za mgli-stą połówką szyby zobaczył dwie jasne złociste dalekie plamy Na mieście starał się załatwić wszy-stko jak najszybciej Od Kędzierskiego wziął podanie do urzędu lecz gdy w u-rzęd- zie przekonał się że zajmie mu to sporo czasu bo ktoś gdzieś wyszedł a ktoś jest na konferencji schował poda-nie do kieszeni Kędzierskiemu powie że io odpowiedź kazano mu zgłosić się za kilka dni a w ciągu tych kilku dni sprawę załatwi Wrócił więc na Szpitalną uspokoił Kędzierskiego i wyciągnął odeń z trudem kilkaset złotych "do obliczenia w przyszłym tygodniu" Wsiadł do troi' leybusu na Zgoda Prędzej do domu! Może jeszcze zastanie Barbarę? Na rogu Piusa i Alei wichura zerwała przewod-niki trolleybus był unieruchomiony po- szedł więc pieszo Ujazdowskimi Szucha Litewską raz po raz walcząc z nawrota-mi wichury Wiatr dymił kurzył rwał - i prawa autorskie zastrzeiont uderzyła 69 i stwem powszednieli dziennych spraw XXXVI Furmanka przetoczyła się bokami o-mija- jąc łańcuch wsi rozsiadłych nad rze-ką i wyjechała na boczną drogę Ewentu-alnej pogoni nic było się tu czego oba-wiać Noc była ciemna i cicha Wszelki glos dochodził bardzo daleka również dojrzeliby zawczasu światła reflektorów Droga nie posiadała rowów i wystar-czyło skręcie po prostu w bok w pola między żyta czy ukryć się za jakąś kępą drzew by przepuście goniących Ale poza turkotem własnego wozu nic nie przery-wało eiszy Paweł dal wytchnąć konio-wi i puścił go krokiem — Stan na chwilkę — odezwała się Marta Zsunęła się wozu zaczepiając z tylu spódnicą odeszła kilkanaście kro-ków niknąc w ciemności — Skorzystam i ja — powiedziała po chwili Weronika z pewnym zawstydze-niem i poszła w tym samym kierunku Paweł opierając się jedna ręka o zad koński a drugą o bokowkę wozu zesko czył wyprostował nogi pochodził koło konia wsadził rękę pod chomąt aby sprawdzić czy bardzo zgrzany i popra-wił uprząż Wtedy doszedł jego uszu da-leki odgłos jadącego pojazdu Wróciły kobiety i we troje stali jakiś czas nasłu-chując 7 niepokojem Ktoś jechał z tyłu — Człowiek jakiś — szepnęła We ronika Tak teraz nie było już wątpli-wości ze wśród nocnej ciszy toczvła się gospodarskim truchtem bez pospiechu próżna klekocząca żclaziwem chłopska furmanka W milczeniu ruszvli dalej kro kiem Paweł odwrócił sie dwa razv ale nie było widać kto nadjeżdża Dopiero po upływie pół godziny nie-znajomy dołączył się do nich przeszedł również na krok i pojechał z tyłu Kon jego sapał w plecy kobietom usiłując pyskiem doszukać siana w przednim wo-zie Biło eden przyjemne ciepło i za-pach końskiego potu Z wozu zeskoczył człowiek niskiego wzrostu z biczem w reku i podszedł do Pawła — Przez puszczę pojedziecie? — za-pytał — Przez puszczę Podreptał milcząc a później głośno wciągnąwszy powietrze wysmarkał nos w dwa palce "ZWIĄZKOWIEC" ClttWitC ( iw) --Sobota 4 — 1960 szarpał się z przechodniami z drzewami z szvldami Na Litewskiej gwałtowm po-dmuch niósł 2orą kawałki blachy krze-py dykty druty gałęzie PrzeclYdnie kryli się po bramach biegli gęsiej" po jezdni szamocąc się z wichurą w tuma-nach kurzu W domu zastał tylko Kowalczyka z Andrzejkiem — A dobra że pan jest! — wołał Kowalczyk bo musowo mi za-raz wyjść na momencik Basia juz je-ździła do swojej starej forsę zafasowała teraz poskoczyła po płaszcz do krawco-wej Zaraz tu będzie a ja musowo na momencik! Andrzeja panu zosta 'am przy piersi Domyślał się że to "musowo" to klc-pi- k naprzeciwko gdzie Kowalczyk miał wyrobione stosunki mir i zawsze r po-czekaniu kieliszek spod lady z rąk za-żywnej i apetycznej wdówki — właści-cielki Podkpiwali nawet sobie kiedyś z Barbarą w przystępie dobrego hi mo-ru Kowalczyka na ten temat że tylko patrzeć jak pan Leon wyprowad-- : się naprzeciwko a Basia zapraszała -- e w kumy Kowalczyk na to podkręcał wąsa i mrugał figlarnie Był już w drzwiach gdy Mokrzycki zapytał o Marka Kowalczyk odwróć:! się — Był samochód ze służącą od inżyniera zabrała walizkę i Marka Popatrzyli na siebie z Kowalczykiem w oczy milcząc — Jak pan chcesz szwyraj pan w Iru-si- e kamieniami panie Mokrzycki bo ja — mc tioKonczył i zamKnąt drzwi za sobą Zostali sami — )o raz pierwszy — Mokrzycki i Andrzejek Chłopiec siedział w wózku i przyglądał się uważnie swoim paluszkom szepcąc coś do siebie bez-dźwięcznie Liczył je? Wróżył sobie'' Mokrzycki podszedł do niego przy-isia- dl na niskim stołeczku na którym [zwykle siadywała przy wózku Barbara Zajrzał z bliska w świetliste czarodziej-skie oczy pod ciemne cienie rzęs Chło pin iimiu iini c unusii mu przeMująe szeptać — O czym lv mówisz Piotrusiu — zapytał cicho Mokrzycki — co? Liczysz souie cos a co: Chłopiec spojrzał milcząco i z dale- - Jui wkrótce rozpoczynamy druk nowej pasjonującej powieści obyczajowej T DOLEGI-MOSTOWICZ- A wnikliwego obserwatora epoki międzywojennej p t i SKA £Ę- - Vmsi'sssis3ś-- -&- s- sm- iwmwwwwmmwwwmmmwwmw„wwwmwwwmwmwwwm1wmm Jackiewicz Droga Donikąd n§se€iis§ii z z BRACIA DALCZ — Nu to pojedzicm razem śmielej razem Pawcl nic odpowiedział — Wy co od wywózki moża ucieka-cie? — zapytał nieznajomy idąc ciągle obok i kładąc rękę na drabinkę — Nieee — Ech życie nasze! — Zawrócił z westchnieniem na swój wóz i nie rozma-wiali aż zaczęła się puszcza Po godzi-nie chłop znów podszedł do Pawia — Koniom trzeba dać wypocząć — Trzeba Ale przejechali jeszcze kawał drogi zanim skręcili z traktu w boczną ścieżkę między gęste krzewy i wreszcie wybrali miejsce na trawiastej polanie Teraz gdy nieznajomy był już mię-dzy nimi wszyscy dlaczegoś radzi byli jego obecności Marta rozłożyła jedzenie i natychmiast zaprosiła go by sobie pod-jadł Ponieważ się ociągał przez grzecz-ność Weronika dorzuciła prędko: — Proszę zakąsić — choć nie była tu gospodynią i prowiant nie należał do niej I ona nie chciała żeby odszedł Było raźniej przy nim i można bvło nic rozmawiać na tematy których wszyscy pragnęli uniknąć — Pewnie ze jedna będzie zona a artiga może siostra? — zapytał tamten kładąc kawał słoninv na chleb i Lt i„ju „:„ była ciepła ale wilgoć przejmowała ple-cy odwrócone od ogniska Kobiety chciały jeść poszły spać w sianie na wozie Okryły kożuchami głowy bo ko-mary zaczęły strasznie dokuczać Chłop wstawał co chwila znikał poza kręgiem światła padającego z ogniska Jakimś przyrodzonym węchem znajdy-wał w ciemności suche gałęzie i smo-laki wracał podsycał ogień Spać mu się widocznie nie chciało Paweł co jakiś czas pochrząkiwał dając tym do zrozumienia że dotrzymuje towarzystwa — Od wywózki można uciekać? — zapytał powtórnie niezrażom- - uprzed-nim milczeniem Pawła A czy od wywózki uciekają gdzie ludzie'' Nie słyszałem Ale — dodał po krótkiej pauzie — człowiek człowieko-wi nic równy Na oko zdaje sic i podobny jeden do drugiego ot chociażby jak ta sosna jedna do drugiej A podejdziesz piłować każda inna 1 wysokość i grubi-ni- a i sęki u takie a u drugiej obacz zdaje podobne a dlatego za wszystkiem inne zdaje sie że bol-szewi- ki tez różne Z daleka jedne i te same a pogadasz niektóre bardzo przyzwoite ludzie inne niezgodne — Co z tego że różne kjedv jedni i drudzy zyć dają — To inna sprawa To ja liczą aa nasze grzechy żyli mv zda sja fcv vii niczego mf raKrO a ot ka Zacisnął surowo usta podniósł głowę i nadsłuchiwał czy wyczekiwał czegoś poprzez grzmoty wichury Patrzył przed siebie nie mrugając szeroko otwartymi świetlistymi dalekimi oczami Barbary — Słuchaj Piotrusiu — zaczął Mo-krzycki szeptem lecz w tej chwili sam posłyszał kroki na schodach i zaraz pu-kanie do drzwi — Proszę — zawołał W drzwiach stanął jakiś obcy jego-mość wysoki bardzo elegancki wynio sły Głos miał spokojny i władczy: — Przepraszam Czy tu mieszka pa ni Mokrzycka? — Cichy okrzyk Andrzejka Mokrzyc-ki odwrócił się i spojrzał Chłopiec mi-gocąc- yci jak tęcza oczami wpatrywał w stojącego w drzwiach Powiedział ci lecz niezmiernie wyraźnie: — Tata Nieznajomy obrzucił chłodnym spo-kojnym spojrzeniem pokój graty wózek Andrzejka Mokrzyckiego Tak samo władczo: — Pytałem czy tu mieszka pani Bar-bara Mokrzycka? Mokrzycki odzyskał głos Czuł że blednie bardzo blednie Zrobił krok do przodu — Tu A czego pan chce? Nieznajomy uniósł lekko jedną brew Powiedział o pół tonu grzeczniej — Chciałem widzieć się z panią Mo-krzycką Powiedziano mi przed godziną w barze o którym wspominała pani Mo-krzycka w liście że pojechała do domu Widzę że nic zastałem — Nic zastał pan Wyszła A czy — mogę — wiedzieć Z kim mam przy-jemność? Kąciki ust nieznajomego zadrgały zniecierpliwieniem Mimo to nic straci! nic ze swego zimnego spokoju — I ze swej strony: czy mogę wie-dzieć: — Może pan Ja jestem mężem pani Mokrzyckiej — A-a-- a — zdziwił się nieznajomy i twarz mu drgnęła na jedne przelotne ćwierć sekundy Zdjął kapelusz — Pan Mokrzycki? Bardzo mi miło Bardzo Sły-szałem wiele pochlebnych słów o panu od pani Barbary' a wysoce sobie cenię jej opinię Ale pani Barbara pisała do mnie przed miesiącem że pan Zdania miał toczone okrągłe zimne "To jakiś upiór" — przemknęło Mokrzyc-kiemu przez głowę — "to jakiś upiór" Bvło coś istotnie obezwładniającego w tyra strasznym dziwnym człowieku z tym nieludzkim chłodem w oczach z tą przepiękną rzeźbioną twarzy tak absurdalnie eleganckim na tle zakopco-nej ściany stolnicy na gwoździu i stare-go wypłowiałego szlafroka Barbary Wiatr sypnął kurzawą piasku o szyby Na górze wszystko dudniło chrzęściło i grało O sufit grzmotnęła cegła Niezna-jomy spokojnie spojrzał na sufit V '- - i Znaczy żyli ale grzeszyli Tfu! i tych komarów skąd ich bierze się taka siła czuma ich wie! — Odmachnął ręką i zamilkł Cierpko pachniało surową ziemią mo-krą trawą z lasu szła ostra woń nawil-głyc- h liści zmieszana z jakimś nieu-chwytnym zapachem trochę drzewnej ko-ry trochę mchu biota czy gnijącego igliwa czegoś takiego znanego od dziec ka a przecież z trudem dającego się o-kreś- lić "Ach dlaczego zamilkł dlaczego za-milkł" — pomyślał Paweł uciekając od własnych myśli Przez chwilę szukał czym by podsycić rozmowność przygod-nego towarzysza i wreszcie zapytał: — Co to za słowo takie: czuma? — A to przywyczka taka niby przekleństwo To jest choroba — Ach dżuma! Ale w naszym kraju ani jako choroba ani przekleństwo nic lo chyba gdzieś z południa Ro-sji czy z Azji? — Po prawdzie powiedzieć pra wic zgadł Tam w tych stepach nad Azo-we- m na Kubaniu to wszyscy tak prze-klinają Ja jeszcze w tamtej wojnie z car-skiej armii popadł do krasnej Jeszcze jak Trocki był wojennym komisarzem No i wojował tam dwa lata Ale niech ich czum To jak pan mówisz? — Dżuma Która zona a która siostra — nie muu jj uj: pytał acl lasem zbierała sie me a Noc —chmcewicihouryoubfaiu! D111o1ś1ć111 mcm uuuif nie i tej nimi — — jednej się Mnie są a nie się cho maską ot znane to jaka 01 wiesz nic ochota pod sowiecką władzą żyć — Straszno? — Straszno — Poprawił patykiem w ognisku — To znaczy jakby to powie-dzieć Przykładem siedzimy teraz w puszczy a naokoło las czarny noc tylko sowy krzyczon Strach z tego nie duży ale choćby mały a zawsze strach Ale to nie ten strach Nie tego gatunku Bo jest taki że człowiek nie umierać się boi a żyć Bywa tak w życiu Zdaje się jednego dnia nic takiego i nie stało się i jeść masz co i spać gdzie i tych pie-niędzy kilka groszy i żywioły wchlewie nakarmione a wyjdziesz z chaty spoń-rzys- z w pole czyli w niebo i jakby ja-kaś nudność człowieka za gardło chwyta Bywa tak nic? — Bywa — odparł Paweł — No właśnie Podobnie choroba Różne są i nawet niektóre bardzo bole-sne Rak jaki róża kłucie w boku człowiek umiera Ale bywa taka choro-ba zdaje się boli-nic-bo- li a nawet jeżeli boli to nie od bólu ale taka straszna nudność nachodzi i gryzie i człowiek sechnie nie wiedzieć od czego A doktor ' uczony człowiek a tego nie rozumie Moża czasem znachor jaki ale też rzadko żeby wykrył samą tę główną przyczynę Dlatego każdy teraz przv sowietach cho dzi wszystko równo jak kwaśne jabłko zjadłszy rożnych przyczyn dopatruje się a głównej zrozumieć nie może A ta przyczyna to i jest- - zfryzeła JEDYNY POLSKI SALON PIĘKNOŚCI Marya's Beauły Parlor Specjalizacja w trwałej ondulacji "Permanent" Ws we 216 Bathurst S EM 8-44- 32 P WYKWALIFIKOWANY MSKI I DAMSKI KRAWIEC Z EUROPY BERESNEVICIUS A B LE 1-1- 432 1299 Dundas St W Toronto p BIURO TŁUMACZEŃ Dr jur J K MICHALSKI Wizy — Paszporty Emigracja itd 57 OUEEN ST W - (koło Eay) OKULIŚCI EM 8-94- 30 pok 308 9P OKULISTA S BROGOWSKI OD 420 Roncesvalles Ave (blisko Howard Park) Godziny przyjęć od 10-6- 30 oraz za telefonicznym porozumieniem Tel LE 1-42- 51 — CL 98029 P OKULISTKA J T SZYDŁOWSKA OD FBOA Badanie oczu szkieł 1 do- pasowywanie "contact lenses" — od 10- -7 soboty włącznie w innych za uprzednim porozumieniem 1063 Bloor St West LE 2-87- 93 (róg yj-- p Lunsky WA 1-3- 924 Toronto dobieranie codziennie godzinach IIavclock) _ TAiC 1 AU I I I ' DENTYŚCI i Dr LEKARZ DENTYSTA (drugi od Roncesvallts) Przyjmuje za uprzednim telefo-niczny-m porozumieniem Telefon LE 1-4- 250 129 Grenadier Rd $ Dr V JINDRA LEKARZ - DENTYSTA zawiadamia pacjentów dr Więcków sklcgo o przyjęciu prakUkl m 310 Bloer St W Telef WA i-o-ui Wizyty za uprzednim porozumieniem telefonicznym 49P DR W W SYDORUK DENTYSTA Przyjmuje po uprzednim telefonie nym porozumieniu 80 Roncesvalles Ave - Toronto Tel LE 5-36- 88 1P DR L GRANOWSKI DENTYSTA CHIRURG Mówi po polsku 514 St W — Toronto Tel 8-90- 38 m lr 470 Sł Oczy badamy okulary do wszystkich defek-tów wzroku na nerwowość na ból głowy Mówimy po polsku Lach Stanisław J Lach DC Władysław J Lach DC DOKTORZY CHIROPRAKTYKI prześwietlenia 124 Roncesvallat Ave — Toronto — LE 5-12- 11 Hf BRACIA ŁUKOWSCY DOKTORZY Specjaliści w leczeniu artretyzmu reumatyimn polio lumbapo Ry-l- d dolt&liwości muskułów i nawów oraz zasilania i normowania całego organizmu — X-Ra- y prześwietlenia 1B48 BLOOR Sł W TORONTO ONT — TEL RO 9-22- 59 140 CHURCH ST ST CATHARINES Władysława SADAUSKAS Okulista College dostosowujemy Chiropracłic Clinic Luck Chiropracłic Clinic CHIROPRAKTYK TEL MU 4-31- 61 LANDIS PHARMACY 462 Queen St W Toronto EM 8-21- 29 Nasza apteka to wasz punkt gdzie znajdziecie poradę w zakupie różnych witamin i lekarstw dla waszego zdrowia Kwalifikowany aptekarz jest zawsze dla waszych usług w sprawie wysyłek le-karstw do Europy Lekarstw? najwyższej jakości i świeżości po cenach najniższych Gwarantujemy dokładną poradę w wyborze iwaiunyiŁuw unsnizymy was w waszym ojczystym języku 30P APTEKA GARDIANA Właieieiel TADEUSZ GARDIAN Najstarsza polska apteka w Toronto wykonujemy n?cepty ze wszystkich krajów Zamówienia wysyłamy natychmiast Piszcie telefonujcie lub zgłasza jcie ?iC osobiście — Popierajcie polska aptekę WYSYŁAMY WSZELKIE LEKARSTWA DO POLSKI I INNYCH KRAJÓW EUROPY ORAZ DO USSR 297 Roncesvalles Ave Tel LE 6-30- 03 TORONTO ONT dom Dundas EM 3--r RATUJCIE WASZE ZDROWIE LEKAk-TWA-MI ROŚLINNYMI Misjonarz w AbiUbi uratował-- tysiące ludzi z ciężkie" chorób przy pomocy prawdziwych lekarstw rcunn?cn- - Piszcie z całym zaufaniem co Wam dolecą i polecajcie zus swoim znajomym Ceny umiarkowane Adres: Le$ Remedes du Pere Missionaire Box 1360 Amos P Que Canada & uwaca M C Skin Ointment " oftS' 1°" nin°szcgo patentu M C używa sie do leczenia "gCS wSe7hr)ifS£°nL"nJ:n or -- szclklego rodziju egzem I UsiJow £ w?s4vPn2chv!inorI Wweh Skonie choroby jak egzema BSg ™f ky' mePokcJa 1 męczą ludzi ezaserc całymi Uwal usij 2i L° P0 U2ciu powyższej mafcl "M C Skin Ointment - i przesyłką pocztową $2Jo Maść tę wyrabia Mrs M Czuliński wytwórnia skórnych roafci "M C SKTN ntKTMKKT" M C CORN OINTMENT M cymUSllei?-M- - C2-- £ e p"r"2ecłfMf o°dcsiskdomsąi lneacjzseknuitueczbnroiedjaszweek } CaJ} na znaleźć na rvnko kinnd i_ -- _ oeJpSduntrek"h' W rMle ™™ " Pi$ "L xc ? ""- - "--o Tororro gn ti lł - j-- -i raae niezadowolenia zwracamy pieniądze po tygodniu ----s- ------ T r~- - a w |
Tags
Comments
Post a Comment for 000195a
