000470b |
Previous | 9 of 10 | Next |
|
small (250x250 max)
medium (500x500 max)
Large
Extra Large
large ( > 500x500)
Full Resolution
|
This page
All
|
JerzyJfiżycM
gsd -- rrw SI
DOSI
m
A POŁUDNIE OD PIEKŁA
Opowieść kraju na południe od tego piekła na ziemi Sah
i£ -- wielu rzeczy: czytania pisania war w ten sposób Tnmmikti w h_
SS-in- ii li historii TttW
KSiazhduu
'
i i
Wi m
W®
Pan wie — mi iest tak „™ l' ""J"U
b i l rinvi"vhji rinivvirliinii:r i—ii
wiee wiele lat
TO -- 1 J _i „łoro "Tal--
5"VJ -- I _„U TVTn i rnnnn fin „ 'aft --ń nu i ucju oiV mu--
fT
piysmy dopiero zaczęli Tam tak
'S jOHieiUianc
uupniuy ™
1- - 17VUZY OI ixcii-Mo- w uiiuuq
na pamięć po Ę ilopak począł recytować pierwszą
w-- ictnm Francii:
Onllnwie " i tnlr
W (B1 pi— 1 — -- -
0 "naszych przodkach Gallach
H?toli wysokiego wzrostu
!& 1 '&H łi
_
sło-- -
13? i nrln Miś trudem lJUftUii)'VYUjc[ vuiiuic wy
ecia śmiechem Ken poklepał czar-- Br_n nr ramiomii'
pjTiec twoi przodkowie byli to jasno-l- i
Galionie' No no! Całe się
19
z
a
ii---m
No biegnij do ojca i wy- -
8 mu co się staw Ja je- - idalej"
piiwui droea
takiei wałahv rf„A™i- -
KE-ii- n temu"
e}coJQm
iiipkcii słowo
'M1': nrlknwip
nnlnntniTiiiAn
jasno
życie
uczymy
muszę
yjczas gdy chłopak
ue pobiegł ku najbliższemu bu- -
Sfli rządowemu Ken zdał sobie
sprawę ze przea cnwuą jecnał
dyby we mgle nie wiedząc nawet
jme w jakim kierunku Przywo-- i
powrotem do niemiłej rzeczywi--
zmarszczył się grymasem niechę--
mudzenia Wzrok jego idąc pod- -
i za oddalającym sie "potom- - jasnowłosych Gallów" — prześliz--
3c po nanisie nad drzwiami budyn- -
JYDZIAŁ TRANSPORTU
'pfjm?
podskakując
fłej chwili z drzwi wyszedł po--
ne Monsieur Gilbert jeden z miej- -
U tiinnAii! rA Irtrwnrtn Tc on iriirtrt- -
nekszosc towaru dla swego sklepi-:intacyjneg- o
Po zwykłych pozdro- -
ich Ken powiedział: Co pan ro- -
i tvm biurze transportów rządo- -
Myślałem ze ma pan dość wła-cięzarów- ek
i nie potrzebuje po-o- d
nich" — skinął ręką w stro
fa
3obrze pan przypuszczał Istotnie
dosc ciężarówek Ale jest to wy- -
specjalny Mam niewielkie stosun-zamówien- ie
towaru dla jednego z
pw-kupcó-w
w Tombuktu Nie dość
dny ładunek ciężarówki Pozatem
popłaciłoby mi się posłać ten to
feSO-C=C- K
Maria Rodziewiczówna
Pożary Zgliszcza
kazał kobiecie otworzyć sobie
kie drzwi ' zrewidował straż chle--
itodołę każdy zakątek: nie minął
lejszego kąta ani — na
ffil uyio nic poaejrzanego prócz ru- -
pi kul w woreczku które zabrał
la Na owe czasy był to
by zgubić człowieka
rJ$!iv wvehnfl7ił nnspnnv i zabierał sie
iSaTotem z boru ukazał sie strażnik
sobie powoli z torbą przez plecy z
Pw ręku z daleka ujrzawszy pana
papkę zbliżył się kłaniając
r Gdzież to byłeś? —"zagadnął go
Joratnik przenikliwie mierząc ocza- -
1?tra niby nieroztropna twarz daw--
Pl lokaja
W puszczy jasny panie Chłop-tsra- z
kradnie na nntppfi wdzieraiac
fi brzegów Wczoraj omal mnie nie
W Edvm nrihiprnł cipkiprv
j eMta wiuocznie za siary uo iej
7-- Będę zmuszony zmienić ci miej- -
rzekł Czaplic uważając co za
jNe zrobi ta uwaga
'Jnie Makarewicz
{fltóój ten do szału doprowadzał
paca Powiernik Władki miał lak i Iwan uśmiechnięta rozradowanie
eh
fi człowiek --mał losy śwłdy wie- -
yY może go sam przechowy- -
!'e CZVŻ hvł cnncńh Anhvń 7pń 76- -
n
ary
40
a
ieKo mama
!omie
:ód
żyje
— uh LiLa uwm iv m iinuTianTniro
łem się w tym biurze czy jedne z ich
szalandów nie udaje się czasem tamte
strony Ale mój znany pech chciał że
nie A ten facet w Tombuktu gwałtuje
bym mu posłał tę tandetę jak najprę-dzej
O o! To mi się wyrwało niepo- trzebnie" 'dodał z uśmiechem "Powinie-nem
uważać jak się o własnym towarze"
Myśli Kena zawirowały Kilka mie-sięcy
przedtem Fernand radził mu od-wiedzić
kiedyś to historyczne dawniej
"święte" miasto muzułmańskie na po-graniczu
Sahary Tam gdzie rzeka Niger
robi wielki łuk Czemu nie udać się tam
teraz? By przemyśleć różne rzeczy zda-ła
od Bamako i od plantacji która była
zbyt blisko do "stolicy" kolonii i do
Marie-Louis- e
Zmuszając sie do obojętnego tonu
powiedział: "Dobrze się składa — dla
pana i dla mnie Właśnie miałem zapy- tać tych typków od transportu czy nie
mają wolnego szalandu który mógłbym
wynająć Chciałbym się przejechać do
Tombuktu Może nawet dalej — do Gao
Mógłbym odwieść pańską tandetę"
Gilbert się rozpromienił "To bardzo
fajnie z pańskiej strony Nie będzie pan
miał z tym kłopotu Jest tego tylko kil-ka
pak Ale z łatwo psującą się zawar-tością
Będę panu wdzięczny jeżeli na-każe
pan swym ludziom by chronili te
paki przed deszczem"
"Pozostawimy je w mojej kajucie Co
zaś do 'moich ludzi' — to nie mam ich
Liczyłem na to że administracja dostar-czy
mi załogi"
Gilbert skinął głową "O pewnie Oni
to często robią Kiedy pan zamierza
wyruszyć?"
"Dziś jeżeli mi się to uda Pójdę za-raz
do biura i omówię tę sprawę Dam
panu znać jak mi się powiodło" Po paru
krokach stronę biura Ken zatrzymał
się i odwrócił "Panie Gilbert!" zawo-łał
"Chwileczkę!" Zeszli się znów "Za-pomniałem"
mówił Ken "że szalandy
płynące z biegiem rzeki z powodu poro- -
pod półki aoeritfu i
z Kulikoro Moja) i na
jest będę ii
taK ją szoierem na Kucnennymi
Będzie pan musiał sam zając się dostar- -
!1=SP
33
i
sprzętu
dostatecz- -
wyrażać
jęcie! Tych Świdów dwóch było podob-no
ludzie mówili że obydwa zginęli —
ha może wyskrobał z biedy
Tego z Luchni szkoda żona dziecko
Chwała Bogu jak żyje Jam go raz w
życiu widział na jarmarku temu trzy la-ta
No proszę i jego szukają u mnie
skądże u mnie! To ci głupi donos pro-szę
pana!
Czaplic za ramię go potrząsnął W
oczach mu płonął dziki ogień _ Tyś sam głupi stary! Znam cię
masz się' za chytrego myślisz mnie oszu-kać!
Słuchaj świda tu jest ty wiesz któ-ry
ty wiesz gdzie! Strzeżesz go dla swej
panienki no to strzeż dobrze bo ja ja
ci przysięgam na piekło że go mieć bę-dę
w swych rękach i katu oddam! Zro-zumiałeś
teraz?
Boże panu w tej sprawie
Ja nic nie wiem Jeżeli sądzono pauu te-mu
zginać to zginie wola Boża! Ja mo
gę przysiąc ze go tu nie mai _ Wiem że będziesz Krzywoprzysię
cię }a
się de!-Igna-cy
to
— t _ _ f-1_a-tvvllA
trrrtw% m w- - - -- j - Tn iuiua ' --—
szył z kopyta
Strażnik pozostał niezmieszany do-brodusznie
długo nim
jeździec zginał mu z oczu Dopiero
wtedy wyprostował się czapkę włożył i
pogrozi w dal pięścią _ Ha tn snróbuiemy się
Chodź po' skarb mojej panienki do Ma- - f Pan Dominik bvł pewnym że karewicza i weź ?o! Znajdź go i odbierz
okazałby tpen nmvlnv neień ani mi tp?o zmartwychwstałego! Masz
?Wame' żywcem Zmarszc7vł łn a oni mają Boga! Ha-sprobdjem-y
I
się
-
!°go spadła ciężko na ramię straż- - Nie zajrzał chaty ru- -
rrobował o~s~tattwniobu wsnr- n-snhn c7vł nrzed siebie drogą uzapuca --"-j- i „_ „ __ jł-- :: „— „ -
'
"V"' i-- i_ - „ło Mo tn hu
mruknął jego oczki nieufnie 1 (zaKasziaia °- - - - -
innei naiwności i zdumienia sło z rowu wyirziit i"' -- "&? TT & na- - panu ' Milczeli chwilę badając Ale
Ba„n — o ji-M™- in hvłn bezpiecznie Na trawniKu
--u- cgor —poAwlbtóorzya ipVrmzeciiaąsgnley w"śrr"ó'd~ktfóir"ego stali żaden szpieg m_eryc
tu od mterfana nta widziałem mógł Mararewira wv m w
Hbr %oHV - — i v __ - _-- -- __ c7QTiTiaz — iiiiv '
-- :_ ł__a
w
w
11111 !-- vixj pnm riTWTnirnii'ji ti :r oa"1 x__ 1i M„rntr: waszezo widoku!
uiv ł-iiłn- łri tłtirTTiri iiii łca " " s łiem "?"' "i J ctv' zgodził sie ucieczKę za
tez ześ' przed sadem 1 —
f°wstańcar SwiH'r Tnnhnil Parnie- - granicę? ____
"ZWIĄŁKOWIbC" GRUDZIEŃ (Decemberj Wtorek 13 — 1958
czeniem pańskich pak na'-- mój'"szalańći'
w Kulikoro No i mam nadzieję pod-wiezie
mnie pan tam i mego boya"
Ken skinął głową "Tak wiem Chor
ciąż ja osobiście nie mogę się skarżyć
subiekt w sklepiku na plantacji jest
uczciwy i godny zaufania"
Myślał o plantatorze który zjawił się
niespodzianie owej ulewnej nocy re-zydencji
naczelnika okręgu Guro w
dżungli zamieszkałej przez ludożerców
'Już trzech dni nie byłem w domu:
To dość! Moi murzyni poczną się czuć
zbyt pewni siebie nie mając tak "długo
nad sobą mojej ręki" Ale tutaj spra
wa miała się inaczej Gilbert był poł
rządnym chłopem No i miał rację —
rzeczywiście większość tubylczych su
biektów wymagała stałego nadzoru
Jr
Ken musiał długo perswadować i na-staw- ać
pokonał jednak wreszcie biuro-kratyczny
bezwład Poszedł rozkaz" tele-graficzny
do oddziału biura transporto-wego
w Kulikoro i zrobiono co było po- trzeba by Ken mógł odpłynąć tego po-południa
"Około pierwszej panic Williams"
zapewniał go chudy urzędnik o zmęczo-nej
twarzy o wyrazie obojętnym na
wszystko "Ale pan wie jak to jest —
w Afryce"
I rozłożył swe żółtawe ręce w geście
mogącym obiąć wiele rzeczy Klimat
trudności techniczne wynikające z cho-robliwego
sknerstwa francuskiej admi-nistracji
kolonialnej szczególnie jednak
— "ces sales negres" — tych parszy-wych
murzynów!
Gdy Ken wieziony przez Gilberfa
przybył do kwadrans przed
pierwszą został poinformowany ie zało-ga
jego będzie gotowa przez nastę-pne
parę godzin Czarni laptos zbierali
leniwie swe bagaże jedli swój ostatni
posiłek w domu żegnali się — mniej
lub więcej intymnie ze swymi żonami
Mieli być nieobecnymi przez długi
więc musieli odpowiednio "obchodzić"
swój odjazd
Ken zaprosił Gilberfa na obiad do
jedynego hotelu osady Podawał im do
stołu głupawy czarny wyrostek który
widocznie niedawna dopiero rozpo-- 1
czar swą KeinersKą Karierę i biała właś-cicielka
"bufetu" jak nazywano nikt
nie wiedział czego ponurą i brudną
restauracyjkę Wciąż odrzucała ona spa-dające
na oczy rozczochrane włosy lub
ciągnęła za poły szlafro-ka
zbyt ciasnego przykryć należycie
jej wielki brzuch cieżarnei kobiety :
'
imiciqj luióołiiuiręri1 apaniwlliii uurUiniCnfll: ZUBUMUWaCL Z Za- -
hów Bamako — swą butelki wina
podróż nie stąd lecz stoliki i krzesła
pełna i musiał by nie
oaesiac z plantację
sie który
Szczęść
nie
?i
otoczenie
rane?
Kulikoro
nie
Wreszcie zniecierpliwieni powolnos-- '
rozpoczynają
wynosić werandę
ciężarówka oddychać śmierdzącymi oparami
uśmiechnięty
padalcze!
jesteśmy
kurzonej
Ken owi—przyszedł na myśl -- )ełeft- pierwszy
— Niech jedsie co rychlej! Wszak
mu nie brak niczego niech się nie ocią
ga Odetchnę dopiero gdy będzie bez-pieczny!
To okropne Ignacy '_tał ciągła
trwoga że go nam zabrać mogą ledwie
odratowanego! O niech się śpieszy!
— Nie trzeba się tak bać panienko!
Boskim cudem żyje Bóg go daej nie
opuści Gdyśmy go w grób nieśli a on
się przecknął na waszych rękach to
znak że Pan z nami! Nie bójcie się!
— Kiedyż wyjeżdża? '
— Za parę dni! Brak mu jednej rze-czy
towarzysza Nie chcę go puszczać sa-mego
po tylu miesiącach choroby" po ty-lu
ranach a ja pójść nie mogę mnie
śledzą Panicz chce wziąć z sobą mlecz-nego
brata przyjaciela z którym przeżył
i ufa jak samemu sobie
— Któż to taki?
— Chłop z Luchni Michałkoi A przy
panicza papiery zostały w domu
dwór spalili kozacy może chłop je oca-lił!
To do podróży niezbędne
— Więc tego chłopa zaprowadzisz do
kryjówki? Strzeż się Ignacy!
— Panicz tak kazał wierzy ślepo w
przywiązanie Michałka a zresztą nie ma
innej rady! Pan Czaplic mnie śledzi mu-szę
przestać odwiedzać schronienie Chło-pa
nikt nie podejrzewa wyręczy mnie
— Pan Czaplic cię śledzi? — spyta-ła
blednąc
— Tak panienko! Och (co to za czło-wiek!
Pan Świda znał go dobrze!
— Niestety! Jam niedawno przejrza- -
gał dla twej panienki! znam siary Tq zdrajca 0n nienawidzi nana gWj
no spróbujemy z 5uui pilnuj go gorsze od
rmrtrt-mmj- w mmunp izHUiiu taw ftm
pieK- -
brwi
nawet do lecz
"fy"1 "'"-""- " Siwe
go
się nie
Mój
czas
od
dla
by
wiek
tym
Moskali
— Wiem panienko! Ale nad nami
wielki Pan! On wam obojgu da szczęścje
boście je sobie wycierpieli '
Uśmiechnęła się smutno ' f~
— Idź już Ignacy do tego ''człowiek
ka a paniczowi powiedz że się spotka-my
w Paryżu niech na mnie czeka przy-jadę!
Rozeszli się w dwie przeciwne strony
Nazajutrz' od rada nie było już właś-ciciela
w Stef dyniujCoś go przeczuciem
eiaeneło do ouszczv ale już nie zajechał
i do strazv Makarewicza jaK konąor Krą
Jakiego to --rannego przechowuj Wieczorem właaKa po ~j ńcń nashj
Bosci MakarewiM!? D71Ś mi o tvm rhadzce w parku zatrzymała się nad sa nńc„aia b!p
danoi-cn- -r™ '™ rnwem granicznym obejrzała ™W """?% ZJn "_ ani
i
t—_ na'
od
~J£~
ostrożnie w głąb cjzikich" ostępów
POSępniejSzy zuai mu aic Ridiuuiai
letnie jodły czarnym wałem grodziły mu
drogę grząskie "zdradzieckie polanki
gładkie na pozór jak murawa- - wciągały
go' w trzęsawiska czarne leniwo płynące
rzeczułki krzyżowały sie co kilkanaście
us7v Zrasta tinta otwarta: a- -l rękę 1 ucąiowat guio kroków w nieprzebyty labirynt miesiąc
Tttn-- f i
—
— to ca paiut-i- a — -- m-
_
-- -- czasu wYmaeało bv przejść wzatuz 1
- -
i-ri-aTQ
Tłt nT iaiii - ukrył
_
--w
wszerz to' złowieszcze pustkowie rók by
poznać dokładnie
Rok! Pan Czaplic zgrzytnął zębami
1'to 20 nip iMf„-- a
o-:nJphip-7-
nnrn- — Zgodził Sie guym jjuwu r Urnlrii kipdv hvł pewien że la
"- - - ui ulu il a iiVf wi v fr ' _
— 1 _ 1 iMiAintin Tłir na iu iiiu iw -- -- — — — - 1 —
'!f! stryczek Czyś zrozumiał? I panienka prosi! un uy ™ „Jdadzień 'zbiee przepaść może i
Mi
0(1 urodzeniaifmam
zatłuszczonego
oiu--
- - w
zemsta
obrzydzenia "okrzyk" Andre1 Gide'a w
jego książce "Podróż do jeziora Czad":
Co za hotel! W porównaniu — lepsza
jest chata małego schroniska "w brussie
I ci biali! Brzydota głupota wulgar-ność!"
Najprzód jakieś konserwy potem kil-ka
kawałków przesmażonego twardego
mięsa wreszcie kartofle które jak tłu-maczyła
właścicielka "kucharz zapom-niał
podać razem z mięsem" — i ostat-ni
posiłek przed odpłynięciem w długą
podróż był wreszcie skończony
Rachunek był astronomiczny
Gdyby Ken wiedział jakim będzie ten
obiad i co będzie kosztować — kazałby
Nacie ugotować im coś na szalandzie i
za drobną część tei ceny mieliby bez
porównania lepszy lunch
Ken pożegnał się z Giiberfem i po
szeat szybko ku szalandowi Wreszcie je
go załoga była gotowa Wkrótce opuści-li
obrzydliwe Kulikoro
Ken zabrał się do stosu rzeczy złożo-nych
w jego kabinie: osobistych posia-dłości!
pudeł z zapasami kupionymi na
drogę w sklepie Gilberfa trzech pak te-go
ostatniego przeznaczonych dla kup-ca
w Tombuktu i t d
Z pomocą Naty który tym razem
miał służyć również jako kucharz Ken
rozpakowywał i układał rzeczy organizu-jąc
się w kajutce która miała być jego
mieszkaniem przez długie tygodnie
Wreszcie wszystko było zrobione
Keń nawet sklecił coś w rodzaju szafki
z pustej paczki od konserw w której
umieścił półki Był on zadowolony z wy-niku
kilkugodzinnej pracy Wszystko
było rozmieszczone w praktyczny spo-sób
i kajuta przybrała wygląd zamiesz-kałego
domku
Z pokładu rozległy się nagle podnie-cone
głosy okrzyki Samby kapity sza-landu
i gorączkowe postukiwania krót-kich
wiosełek o burty Ken wyszedł by
sprawdzić co się dzieje
Szybko zbliżała się burza i załoga
wiosłowała pośpiesznie by gdyby nad-chodząca
wichura złapała ich ha środku
szerokiej rzeki — mogło się to to źle
skończyć Zaledwie przybili do brzegu
gdy lunęło
I nie tylko nazewnątrz
Srebrzyste migoczące sznureczki wo
dy poczęły zwisać z dziurawego jak się
okazało pułapu związały go jakby z po-dłogą
i po całej kajucie rozległ się zło-wrogi
plusk
ślizgając się po mokrej podłodze
przewalającego się z boku na bok sza-landu
-- kołysanego wielkimi falami trze-ba
było na gwałt dezorganizować wszyst-ko
co było zorganizowane tego popołud-nia
z takim wysiłkiem Wreszcie pośrod-ku
kajuty piętrzyła się nakryta brezen-tem
niekształtna masa bagaży dziwnie
podobna do tej jaką Ken zastał w Kuli- -
Koro wcaaaząc na szaiano po raz
=r#
popełnił straszną pomyłkę rozmową z
Makarewiczem Był jak ten nieuk ło-wiec
co strzela w przeddzień polowa-nia
w pobliżu gniazda zwierza a matka'
ostrożna wynosi małe tejże nocy w mną
dalszą kryjówkę
Tak rozmyślając Czaplic jechał stę-po
gdy nagle koń zastrzygł uszami za-chrap- ał
rzucił się w bok Jeździec rzu-cił
szybko oczami serce mu zabiło z ra-dości
sądził że uirzy powstańca lecz
natomiast zobaczył inne widowisko
Zobaczył bo uwagę jego wnet zwró-ciło
w tę stronę jakieś mruczenie sapa-nie
i mlaskanie językiem Leżał tam zwa-lony
olbrzymi dąb' Padł zapewnie burzą
pobity lub starością przed dziesiątkami
lat Z olbrzyma został tylko czarny
spróchniały pjeń 1 dwa konary U jed-nego
z tych konarów przykucnięty nie-zgrabnie
na ziemi siedział wielki bury
niedźwiedź '
Pan puszczy był mocno zajęty Przed-nimi
łapami oddzierał powoli drzazgi
próchnicy rozgrzebywał je i wybierał
łapczywie wielkie białe glisty pożera-jąc
je jak przysmak Oblizywał się sma-kosz
i mruczał z ukontentowaniem Na
parsknięcie konia podniósł powoli swój
łeb szeroki roztworzył paszczę zatrzy-mał
się w robocie Nie podobał mu się
gość zamruczał tym razem dziko „poru-szył
się chciał wstać -
Czaplicowi zjeżyły się włosy — wy-jeżdżając
zapomniał wziąć broń! Obej-- i
rżał sie: miał za sobą gąszcz wśród któ-rego
lylko powoli jadać mógł sie zorien-- i
tować! Śmierć wisiała nad nim! Nie
wiadomo ko?o wezwał w duchu Boga
czy szatana i komu to życie zdrajcy by- -
ło potrzebne ale w teiże chwili nied- -
wiedź jakby mu żal było bankietu spuś-cił
głowę! Biały robak ?o skusił połknął
"o oblizał się 1 począł dalej grzebać w
próchniu
Pan Czaplic stracił ochotę do dalszej
eksploracyjnej podróży świdą był ped
bezpieczną strażą jeśli istotnie znajdo-wał
się w puszczy Przy tym pan Czari'c
spostrzegł że łatwiej jest wjechać w ma-tecznik
niż zeń sie wydostać" bo dópie-- ~
ro nod wieczór dobił sie do otwartego
'póla Klnąc ruszył do dworu
Drogą tą samą o kilkaset kroków
naprzód szedł-chło- n niosąc na plecach
nek świeżo zdartej kory wierzbowej na
chodaki Na tętent konia obejrzał sie
nieznacznie potem nasunął czapkę na
oczy zszedł na sani brzeg gościńca skur?
czył się zmalał chciał być nie zauwa-żonym
Ale sterdyński pan był ciekawy
Gdy slfach minął w' każdym człWieku
dimyślał si świdy Koń dwoma susami
dopędziH chłopa świdrujące oczy pana
7aji7ałv "w jednej ''chwiliw" ogomła
twarz Michałka pamiętną z bardzo daw-nych
czasów --i'
- " "DrueL wsrólnikaegowłotfa!"— imi'--
:s Jedyny Polski Salon
Piękności
Marya's Beauiy Parlor
Specjalizacja w trwalej
ondulacji "Permanent"
Wawes
216 Bathurst St - EM 8-44-
32
LIFE & NATURĘ
Domowa Kuracja Naturalna
Gdzie zawodzi wszelka7 medy
cyna tam pomaga
NATURALNA
i
P
Jedyna w całci Kanadzie
Mona leż leozyć się w domu
Podaj dokładne olijawy choro-by
a wyślemy odtfpwiednic le-karstwa
i pouctepnie Mamy
ZIOŁA NA SCHUDNIĘCIE —
Cena $2 00
MEDICAL H£RB CENTRĘ
64 Cathedral Avenue
Winnipeg 4 Man
92 W
czosr
DOBRY
IEK JEST
DLA WAS
SPYTAJCIE SWEGO DOKTORA
LUB DROGERZYS1E
Czosnek jest naturalnym środkiem W
antyseptł cznym Który usuwa za- nieczyszczenia krwi Adams Gorlic
Pearles są to mało bez zapachu
1 smaku kapsułki zawierające czy- sty wjclng z caloj główki czosnko-wej
1 w tej skondensowanej formie
otrzymujecie pełną wartość I wszjst-kl- e korzjsci tego Środka roślinnego
Adams Gnrlic Pearies zawiera Sali-cylamld- e który uśmierza bóle przy
reumatyzmie 1 artrctyzmlo Pomaga
Wam czuć się zdrowiej 1 mocniej
Kupcie paczkę Adams Gorlic Penrles
tak jak tysiące już uczyniło Jeszcze
dziś a przekonacie się ze będziecie
zadowoleni żeście Je zazlt 97 P-1- 03
DLA ZABEZPIECZENIA
WASZYCH OCZU ZEISS
Punktal
szkła do okularów
już do nabycia w Kanadzie
Pytajcie o nie u Waszego
specjalisty od oczu
93 s
OKULIŚCI
OKULISTA
S BR0G0WSKI 0 D
Badanie oczu dorosłych I dzieci
Sporządzanie recept
Dopasowywanie okularów
420 Roncesjallos Ave
(blisko Howard Park)
Tol gabinet LE 1-42-
51
Mleszk CL 9-80-
29 P
OKULISTKI
Br Bukowska-Bejna- r O D
Wiktoria Bukowska O D
prowadzą nowoczesny gabinet
okulistyczny przy
274 Roneesvalles Avenu
obok Geoffrcy St
Tel LE 2-54-
93
Godziny przyjęć: codziennie od 10
rano do 8 wieczór W soboty od
10 rano do 4 po pot 37S
Lunsky
WA 1-3- 924
recept
11
Grupa
leczeniu
zasilania
140
8LĄKESHORE'RD
--—
'
'
-
i stawów
- —
e bardzo ale to wasza wsiat oa kukuu„ mu T
kietępepo-KuMcjrj—- r ' ' "" i Zl JrSt-~Z~-L
£ cy "-- --- i - ——a- - J Aftiiiś ¥%M'tićWl!Ś&& '- -i' fert ia-3-j- Ą-'
9r
'
tarokrajowa
[ Apteka
Medwidsklch
"Saniias Pharmacy"
Yysyłka lekarstw do Polski
204 Bathurst St Toronto
(koło Queen) Tel EM
E-- 4
Dr
DENTYŚCI
E WACHNA
DENTYSTA
Godziny: 10—12 i 2—8
386 Bathurst St — EM 4-65-
15
W
Dr Tadeusz Więckowski
LEKARZ DENTYSTA
Tel VA 2-08- 44
310 Bloor St W — Toronto
przyjmuje po uprzednim porozumie-niu
telefonicznym W
Dr S D BRIGEL
LEKARZ DENTYSTA
CHIRURG — STOMATOLOG
Specjalista chorób amy ustnel
Physiclans' Surgcons' Bulldlng
Kancelaria No 270
86 Bloor St W — Toronto
Telefon WA 20056
W
Dr M LUGYK
DENTYSTA
2092 Dundas St W Toronto
Tel RO 9-46-
82
W
Dr H SCHWABE
DENTYSTA
71 Howard Park Ave
(róg nonccsvalles)
Godz przyjęć za zara telefon
LE 1-2-
005
49-- S
DR T L
DENTYSTA CHIRURG
Mówi po polsku- -
514 St W — Toronto
Tel EM 8-90-
38 r 87--P
DR W W SYDDRUK
DENTYSTA
Prxymue po uprzednim tllonlcj
nym porozumieniu
80 Roncesvallei Ave„ Toronto
Tal LE 5-36- 88
1 i 1 t 41-- P
r i
Dr Władysława
SADAUSKAS
LEKARZ DENTYSTA
129 Grenadier Rd
(drugi dom od Ronceivalles)
Przyjmuje za uprzednim telefo-- '
nicznym porozumieniom
Telefon LE 1-4-
250 s
470 St
Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defek-tów
wzroku na nerwowość na ból głowy po polsku
Ł mim - okulista
Badanlo oczu — Dopasowywania okularów
wypełnianie
godziny przyjęć 930—6
599 Bloor St W Toronto Tel LE 5-15- 21
(Blisko Palmerston obok Bloor Medical Center)
Wieczorami przyjmuje po uprzednim umówieniu się
ST 8-Ó2- 48 [
DR TEODOR TOCZ (TickeU)
Oficjalny Lekarz Związku Polaków w Kanadzie
1
Gorevale Ave Tel
Luek Chiropracłis Clistic JS
BRACIA ŁUKOWSCY" f&l f&
nOKTORZY CHIROPRAKTYKI &vJ
Specjaliści w artretyzmu reumatyzmu
EM
EM
M
WMism-- :
polio lumbago syfatyki dolcgliwoicfmuslfułńw VilMX$? ?- -
i stawów oraz i nomiowanią caicRo HłBliy
orgsnizmil — Ji-Ua- y przfświfllenia t
1848 BLOOR ST W' fĆRÓNTÓ ONT' — TEL RO 9-225- 9''
CHURCH ST
KURACJA
w
ume -
-- ZJ --j r=:
p p
3-37-
46
Sc
Dundas
8-37-
54
mfŁU fi )HmJi I rm&
m
t 'J
Si
+?:
K
--iL
U''
J
V
f Ą
? r 1
ST CATHARINES' ' TEL- - MU 4-3l- 6t f J
—-- % d
Zbigniew H Boyko DC
DOKTOR CHIROPRAKTYKI
Specjalizacja leczenia artretyzmu reumatyzmu
lumbago syjutyki dolegliwości muskulów"
Gabinet wyposażony najnowsze urzAdzenia1
'X-Ra- y prześwietlenia
prószlpana wole-J- uz zawiże Czuł:źe'gneła myśrpiorunem- -2 '"-"- jj
STRI-7- W
GRAN0WSKI
Okulista
College
Mówimy
wmlmti f t im -
mimico % cl £223i WłimMm Wwml m I i !#l¥tMiW#MfSi iii
mMłmmmmwMmMMSMmMMmmŁ
Object Description
| Rating | |
| Title | Zwilazkowiec Alliancer, December 23, 1958 |
| Language | pl |
| Subject | Poland -- Newspapers; Newspapers -- Poland; Polish Canadians Newspapers |
| Date | 1958-12-23 |
| Type | application/pdf |
| Format | text |
| Identifier | ZwilaD2000268 |
Description
| Title | 000470b |
| OCR text | JerzyJfiżycM gsd -- rrw SI DOSI m A POŁUDNIE OD PIEKŁA Opowieść kraju na południe od tego piekła na ziemi Sah i£ -- wielu rzeczy: czytania pisania war w ten sposób Tnmmikti w h_ SS-in- ii li historii TttW KSiazhduu ' i i Wi m W® Pan wie — mi iest tak „™ l' ""J"U b i l rinvi"vhji rinivvirliinii:r i—ii wiee wiele lat TO -- 1 J _i „łoro "Tal-- 5"VJ -- I _„U TVTn i rnnnn fin „ 'aft --ń nu i ucju oiV mu-- fT piysmy dopiero zaczęli Tam tak 'S jOHieiUianc uupniuy ™ 1- - 17VUZY OI ixcii-Mo- w uiiuuq na pamięć po Ę ilopak począł recytować pierwszą w-- ictnm Francii: Onllnwie " i tnlr W (B1 pi— 1 — -- - 0 "naszych przodkach Gallach H?toli wysokiego wzrostu !& 1 '&H łi _ sło-- - 13? i nrln Miś trudem lJUftUii)'VYUjc[ vuiiuic wy ecia śmiechem Ken poklepał czar-- Br_n nr ramiomii' pjTiec twoi przodkowie byli to jasno-l- i Galionie' No no! Całe się 19 z a ii---m No biegnij do ojca i wy- - 8 mu co się staw Ja je- - idalej" piiwui droea takiei wałahv rf„A™i- - KE-ii- n temu" e}coJQm iiipkcii słowo 'M1': nrlknwip nnlnntniTiiiAn jasno życie uczymy muszę yjczas gdy chłopak ue pobiegł ku najbliższemu bu- - Sfli rządowemu Ken zdał sobie sprawę ze przea cnwuą jecnał dyby we mgle nie wiedząc nawet jme w jakim kierunku Przywo-- i powrotem do niemiłej rzeczywi-- zmarszczył się grymasem niechę-- mudzenia Wzrok jego idąc pod- - i za oddalającym sie "potom- - jasnowłosych Gallów" — prześliz-- 3c po nanisie nad drzwiami budyn- - JYDZIAŁ TRANSPORTU 'pfjm? podskakując fłej chwili z drzwi wyszedł po-- ne Monsieur Gilbert jeden z miej- - U tiinnAii! rA Irtrwnrtn Tc on iriirtrt- - nekszosc towaru dla swego sklepi-:intacyjneg- o Po zwykłych pozdro- - ich Ken powiedział: Co pan ro- - i tvm biurze transportów rządo- - Myślałem ze ma pan dość wła-cięzarów- ek i nie potrzebuje po-o- d nich" — skinął ręką w stro fa 3obrze pan przypuszczał Istotnie dosc ciężarówek Ale jest to wy- - specjalny Mam niewielkie stosun-zamówien- ie towaru dla jednego z pw-kupcó-w w Tombuktu Nie dość dny ładunek ciężarówki Pozatem popłaciłoby mi się posłać ten to feSO-C=C- K Maria Rodziewiczówna Pożary Zgliszcza kazał kobiecie otworzyć sobie kie drzwi ' zrewidował straż chle-- itodołę każdy zakątek: nie minął lejszego kąta ani — na ffil uyio nic poaejrzanego prócz ru- - pi kul w woreczku które zabrał la Na owe czasy był to by zgubić człowieka rJ$!iv wvehnfl7ił nnspnnv i zabierał sie iSaTotem z boru ukazał sie strażnik sobie powoli z torbą przez plecy z Pw ręku z daleka ujrzawszy pana papkę zbliżył się kłaniając r Gdzież to byłeś? —"zagadnął go Joratnik przenikliwie mierząc ocza- - 1?tra niby nieroztropna twarz daw-- Pl lokaja W puszczy jasny panie Chłop-tsra- z kradnie na nntppfi wdzieraiac fi brzegów Wczoraj omal mnie nie W Edvm nrihiprnł cipkiprv j eMta wiuocznie za siary uo iej 7-- Będę zmuszony zmienić ci miej- - rzekł Czaplic uważając co za jNe zrobi ta uwaga 'Jnie Makarewicz {fltóój ten do szału doprowadzał paca Powiernik Władki miał lak i Iwan uśmiechnięta rozradowanie eh fi człowiek --mał losy śwłdy wie- - yY może go sam przechowy- - !'e CZVŻ hvł cnncńh Anhvń 7pń 76- - n ary 40 a ieKo mama !omie :ód żyje — uh LiLa uwm iv m iinuTianTniro łem się w tym biurze czy jedne z ich szalandów nie udaje się czasem tamte strony Ale mój znany pech chciał że nie A ten facet w Tombuktu gwałtuje bym mu posłał tę tandetę jak najprę-dzej O o! To mi się wyrwało niepo- trzebnie" 'dodał z uśmiechem "Powinie-nem uważać jak się o własnym towarze" Myśli Kena zawirowały Kilka mie-sięcy przedtem Fernand radził mu od-wiedzić kiedyś to historyczne dawniej "święte" miasto muzułmańskie na po-graniczu Sahary Tam gdzie rzeka Niger robi wielki łuk Czemu nie udać się tam teraz? By przemyśleć różne rzeczy zda-ła od Bamako i od plantacji która była zbyt blisko do "stolicy" kolonii i do Marie-Louis- e Zmuszając sie do obojętnego tonu powiedział: "Dobrze się składa — dla pana i dla mnie Właśnie miałem zapy- tać tych typków od transportu czy nie mają wolnego szalandu który mógłbym wynająć Chciałbym się przejechać do Tombuktu Może nawet dalej — do Gao Mógłbym odwieść pańską tandetę" Gilbert się rozpromienił "To bardzo fajnie z pańskiej strony Nie będzie pan miał z tym kłopotu Jest tego tylko kil-ka pak Ale z łatwo psującą się zawar-tością Będę panu wdzięczny jeżeli na-każe pan swym ludziom by chronili te paki przed deszczem" "Pozostawimy je w mojej kajucie Co zaś do 'moich ludzi' — to nie mam ich Liczyłem na to że administracja dostar-czy mi załogi" Gilbert skinął głową "O pewnie Oni to często robią Kiedy pan zamierza wyruszyć?" "Dziś jeżeli mi się to uda Pójdę za-raz do biura i omówię tę sprawę Dam panu znać jak mi się powiodło" Po paru krokach stronę biura Ken zatrzymał się i odwrócił "Panie Gilbert!" zawo-łał "Chwileczkę!" Zeszli się znów "Za-pomniałem" mówił Ken "że szalandy płynące z biegiem rzeki z powodu poro- - pod półki aoeritfu i z Kulikoro Moja) i na jest będę ii taK ją szoierem na Kucnennymi Będzie pan musiał sam zając się dostar- - !1=SP 33 i sprzętu dostatecz- - wyrażać jęcie! Tych Świdów dwóch było podob-no ludzie mówili że obydwa zginęli — ha może wyskrobał z biedy Tego z Luchni szkoda żona dziecko Chwała Bogu jak żyje Jam go raz w życiu widział na jarmarku temu trzy la-ta No proszę i jego szukają u mnie skądże u mnie! To ci głupi donos pro-szę pana! Czaplic za ramię go potrząsnął W oczach mu płonął dziki ogień _ Tyś sam głupi stary! Znam cię masz się' za chytrego myślisz mnie oszu-kać! Słuchaj świda tu jest ty wiesz któ-ry ty wiesz gdzie! Strzeżesz go dla swej panienki no to strzeż dobrze bo ja ja ci przysięgam na piekło że go mieć bę-dę w swych rękach i katu oddam! Zro-zumiałeś teraz? Boże panu w tej sprawie Ja nic nie wiem Jeżeli sądzono pauu te-mu zginać to zginie wola Boża! Ja mo gę przysiąc ze go tu nie mai _ Wiem że będziesz Krzywoprzysię cię }a się de!-Igna-cy to — t _ _ f-1_a-tvvllA trrrtw% m w- - - -- j - Tn iuiua ' --— szył z kopyta Strażnik pozostał niezmieszany do-brodusznie długo nim jeździec zginał mu z oczu Dopiero wtedy wyprostował się czapkę włożył i pogrozi w dal pięścią _ Ha tn snróbuiemy się Chodź po' skarb mojej panienki do Ma- - f Pan Dominik bvł pewnym że karewicza i weź ?o! Znajdź go i odbierz okazałby tpen nmvlnv neień ani mi tp?o zmartwychwstałego! Masz ?Wame' żywcem Zmarszc7vł łn a oni mają Boga! Ha-sprobdjem-y I się - !°go spadła ciężko na ramię straż- - Nie zajrzał chaty ru- - rrobował o~s~tattwniobu wsnr- n-snhn c7vł nrzed siebie drogą uzapuca --"-j- i „_ „ __ jł-- :: „— „ - ' "V"' i-- i_ - „ło Mo tn hu mruknął jego oczki nieufnie 1 (zaKasziaia °- - - - - innei naiwności i zdumienia sło z rowu wyirziit i"' -- "&? TT & na- - panu ' Milczeli chwilę badając Ale Ba„n — o ji-M™- in hvłn bezpiecznie Na trawniKu --u- cgor —poAwlbtóorzya ipVrmzeciiaąsgnley w"śrr"ó'd~ktfóir"ego stali żaden szpieg m_eryc tu od mterfana nta widziałem mógł Mararewira wv m w Hbr %oHV - — i v __ - _-- -- __ c7QTiTiaz — iiiiv ' -- :_ ł__a w w 11111 !-- vixj pnm riTWTnirnii'ji ti :r oa"1 x__ 1i M„rntr: waszezo widoku! uiv ł-iiłn- łri tłtirTTiri iiii łca " " s łiem "?"' "i J ctv' zgodził sie ucieczKę za tez ześ' przed sadem 1 — f°wstańcar SwiH'r Tnnhnil Parnie- - granicę? ____ "ZWIĄŁKOWIbC" GRUDZIEŃ (Decemberj Wtorek 13 — 1958 czeniem pańskich pak na'-- mój'"szalańći' w Kulikoro No i mam nadzieję pod-wiezie mnie pan tam i mego boya" Ken skinął głową "Tak wiem Chor ciąż ja osobiście nie mogę się skarżyć subiekt w sklepiku na plantacji jest uczciwy i godny zaufania" Myślał o plantatorze który zjawił się niespodzianie owej ulewnej nocy re-zydencji naczelnika okręgu Guro w dżungli zamieszkałej przez ludożerców 'Już trzech dni nie byłem w domu: To dość! Moi murzyni poczną się czuć zbyt pewni siebie nie mając tak "długo nad sobą mojej ręki" Ale tutaj spra wa miała się inaczej Gilbert był poł rządnym chłopem No i miał rację — rzeczywiście większość tubylczych su biektów wymagała stałego nadzoru Jr Ken musiał długo perswadować i na-staw- ać pokonał jednak wreszcie biuro-kratyczny bezwład Poszedł rozkaz" tele-graficzny do oddziału biura transporto-wego w Kulikoro i zrobiono co było po- trzeba by Ken mógł odpłynąć tego po-południa "Około pierwszej panic Williams" zapewniał go chudy urzędnik o zmęczo-nej twarzy o wyrazie obojętnym na wszystko "Ale pan wie jak to jest — w Afryce" I rozłożył swe żółtawe ręce w geście mogącym obiąć wiele rzeczy Klimat trudności techniczne wynikające z cho-robliwego sknerstwa francuskiej admi-nistracji kolonialnej szczególnie jednak — "ces sales negres" — tych parszy-wych murzynów! Gdy Ken wieziony przez Gilberfa przybył do kwadrans przed pierwszą został poinformowany ie zało-ga jego będzie gotowa przez nastę-pne parę godzin Czarni laptos zbierali leniwie swe bagaże jedli swój ostatni posiłek w domu żegnali się — mniej lub więcej intymnie ze swymi żonami Mieli być nieobecnymi przez długi więc musieli odpowiednio "obchodzić" swój odjazd Ken zaprosił Gilberfa na obiad do jedynego hotelu osady Podawał im do stołu głupawy czarny wyrostek który widocznie niedawna dopiero rozpo-- 1 czar swą KeinersKą Karierę i biała właś-cicielka "bufetu" jak nazywano nikt nie wiedział czego ponurą i brudną restauracyjkę Wciąż odrzucała ona spa-dające na oczy rozczochrane włosy lub ciągnęła za poły szlafro-ka zbyt ciasnego przykryć należycie jej wielki brzuch cieżarnei kobiety : ' imiciqj luióołiiuiręri1 apaniwlliii uurUiniCnfll: ZUBUMUWaCL Z Za- - hów Bamako — swą butelki wina podróż nie stąd lecz stoliki i krzesła pełna i musiał by nie oaesiac z plantację sie który Szczęść nie ?i otoczenie rane? Kulikoro nie Wreszcie zniecierpliwieni powolnos-- ' rozpoczynają wynosić werandę ciężarówka oddychać śmierdzącymi oparami uśmiechnięty padalcze! jesteśmy kurzonej Ken owi—przyszedł na myśl -- )ełeft- pierwszy — Niech jedsie co rychlej! Wszak mu nie brak niczego niech się nie ocią ga Odetchnę dopiero gdy będzie bez-pieczny! To okropne Ignacy '_tał ciągła trwoga że go nam zabrać mogą ledwie odratowanego! O niech się śpieszy! — Nie trzeba się tak bać panienko! Boskim cudem żyje Bóg go daej nie opuści Gdyśmy go w grób nieśli a on się przecknął na waszych rękach to znak że Pan z nami! Nie bójcie się! — Kiedyż wyjeżdża? ' — Za parę dni! Brak mu jednej rze-czy towarzysza Nie chcę go puszczać sa-mego po tylu miesiącach choroby" po ty-lu ranach a ja pójść nie mogę mnie śledzą Panicz chce wziąć z sobą mlecz-nego brata przyjaciela z którym przeżył i ufa jak samemu sobie — Któż to taki? — Chłop z Luchni Michałkoi A przy panicza papiery zostały w domu dwór spalili kozacy może chłop je oca-lił! To do podróży niezbędne — Więc tego chłopa zaprowadzisz do kryjówki? Strzeż się Ignacy! — Panicz tak kazał wierzy ślepo w przywiązanie Michałka a zresztą nie ma innej rady! Pan Czaplic mnie śledzi mu-szę przestać odwiedzać schronienie Chło-pa nikt nie podejrzewa wyręczy mnie — Pan Czaplic cię śledzi? — spyta-ła blednąc — Tak panienko! Och (co to za czło-wiek! Pan Świda znał go dobrze! — Niestety! Jam niedawno przejrza- - gał dla twej panienki! znam siary Tq zdrajca 0n nienawidzi nana gWj no spróbujemy z 5uui pilnuj go gorsze od rmrtrt-mmj- w mmunp izHUiiu taw ftm pieK- - brwi nawet do lecz "fy"1 "'"-""- " Siwe go się nie Mój czas od dla by wiek tym Moskali — Wiem panienko! Ale nad nami wielki Pan! On wam obojgu da szczęścje boście je sobie wycierpieli ' Uśmiechnęła się smutno ' f~ — Idź już Ignacy do tego ''człowiek ka a paniczowi powiedz że się spotka-my w Paryżu niech na mnie czeka przy-jadę! Rozeszli się w dwie przeciwne strony Nazajutrz' od rada nie było już właś-ciciela w Stef dyniujCoś go przeczuciem eiaeneło do ouszczv ale już nie zajechał i do strazv Makarewicza jaK konąor Krą Jakiego to --rannego przechowuj Wieczorem właaKa po ~j ńcń nashj Bosci MakarewiM!? D71Ś mi o tvm rhadzce w parku zatrzymała się nad sa nńc„aia b!p danoi-cn- -r™ '™ rnwem granicznym obejrzała ™W """?% ZJn "_ ani i t—_ na' od ~J£~ ostrożnie w głąb cjzikich" ostępów POSępniejSzy zuai mu aic Ridiuuiai letnie jodły czarnym wałem grodziły mu drogę grząskie "zdradzieckie polanki gładkie na pozór jak murawa- - wciągały go' w trzęsawiska czarne leniwo płynące rzeczułki krzyżowały sie co kilkanaście us7v Zrasta tinta otwarta: a- -l rękę 1 ucąiowat guio kroków w nieprzebyty labirynt miesiąc Tttn-- f i — — to ca paiut-i- a — -- m- _ -- -- czasu wYmaeało bv przejść wzatuz 1 - - i-ri-aTQ Tłt nT iaiii - ukrył _ --w wszerz to' złowieszcze pustkowie rók by poznać dokładnie Rok! Pan Czaplic zgrzytnął zębami 1'to 20 nip iMf„-- a o-:nJphip-7- nnrn- — Zgodził Sie guym jjuwu r Urnlrii kipdv hvł pewien że la "- - - ui ulu il a iiVf wi v fr ' _ — 1 _ 1 iMiAintin Tłir na iu iiiu iw -- -- — — — - 1 — '!f! stryczek Czyś zrozumiał? I panienka prosi! un uy ™ „Jdadzień 'zbiee przepaść może i Mi 0(1 urodzeniaifmam zatłuszczonego oiu-- - - w zemsta obrzydzenia "okrzyk" Andre1 Gide'a w jego książce "Podróż do jeziora Czad": Co za hotel! W porównaniu — lepsza jest chata małego schroniska "w brussie I ci biali! Brzydota głupota wulgar-ność!" Najprzód jakieś konserwy potem kil-ka kawałków przesmażonego twardego mięsa wreszcie kartofle które jak tłu-maczyła właścicielka "kucharz zapom-niał podać razem z mięsem" — i ostat-ni posiłek przed odpłynięciem w długą podróż był wreszcie skończony Rachunek był astronomiczny Gdyby Ken wiedział jakim będzie ten obiad i co będzie kosztować — kazałby Nacie ugotować im coś na szalandzie i za drobną część tei ceny mieliby bez porównania lepszy lunch Ken pożegnał się z Giiberfem i po szeat szybko ku szalandowi Wreszcie je go załoga była gotowa Wkrótce opuści-li obrzydliwe Kulikoro Ken zabrał się do stosu rzeczy złożo-nych w jego kabinie: osobistych posia-dłości! pudeł z zapasami kupionymi na drogę w sklepie Gilberfa trzech pak te-go ostatniego przeznaczonych dla kup-ca w Tombuktu i t d Z pomocą Naty który tym razem miał służyć również jako kucharz Ken rozpakowywał i układał rzeczy organizu-jąc się w kajutce która miała być jego mieszkaniem przez długie tygodnie Wreszcie wszystko było zrobione Keń nawet sklecił coś w rodzaju szafki z pustej paczki od konserw w której umieścił półki Był on zadowolony z wy-niku kilkugodzinnej pracy Wszystko było rozmieszczone w praktyczny spo-sób i kajuta przybrała wygląd zamiesz-kałego domku Z pokładu rozległy się nagle podnie-cone głosy okrzyki Samby kapity sza-landu i gorączkowe postukiwania krót-kich wiosełek o burty Ken wyszedł by sprawdzić co się dzieje Szybko zbliżała się burza i załoga wiosłowała pośpiesznie by gdyby nad-chodząca wichura złapała ich ha środku szerokiej rzeki — mogło się to to źle skończyć Zaledwie przybili do brzegu gdy lunęło I nie tylko nazewnątrz Srebrzyste migoczące sznureczki wo dy poczęły zwisać z dziurawego jak się okazało pułapu związały go jakby z po-dłogą i po całej kajucie rozległ się zło-wrogi plusk ślizgając się po mokrej podłodze przewalającego się z boku na bok sza-landu -- kołysanego wielkimi falami trze-ba było na gwałt dezorganizować wszyst-ko co było zorganizowane tego popołud-nia z takim wysiłkiem Wreszcie pośrod-ku kajuty piętrzyła się nakryta brezen-tem niekształtna masa bagaży dziwnie podobna do tej jaką Ken zastał w Kuli- - Koro wcaaaząc na szaiano po raz =r# popełnił straszną pomyłkę rozmową z Makarewiczem Był jak ten nieuk ło-wiec co strzela w przeddzień polowa-nia w pobliżu gniazda zwierza a matka' ostrożna wynosi małe tejże nocy w mną dalszą kryjówkę Tak rozmyślając Czaplic jechał stę-po gdy nagle koń zastrzygł uszami za-chrap- ał rzucił się w bok Jeździec rzu-cił szybko oczami serce mu zabiło z ra-dości sądził że uirzy powstańca lecz natomiast zobaczył inne widowisko Zobaczył bo uwagę jego wnet zwró-ciło w tę stronę jakieś mruczenie sapa-nie i mlaskanie językiem Leżał tam zwa-lony olbrzymi dąb' Padł zapewnie burzą pobity lub starością przed dziesiątkami lat Z olbrzyma został tylko czarny spróchniały pjeń 1 dwa konary U jed-nego z tych konarów przykucnięty nie-zgrabnie na ziemi siedział wielki bury niedźwiedź ' Pan puszczy był mocno zajęty Przed-nimi łapami oddzierał powoli drzazgi próchnicy rozgrzebywał je i wybierał łapczywie wielkie białe glisty pożera-jąc je jak przysmak Oblizywał się sma-kosz i mruczał z ukontentowaniem Na parsknięcie konia podniósł powoli swój łeb szeroki roztworzył paszczę zatrzy-mał się w robocie Nie podobał mu się gość zamruczał tym razem dziko „poru-szył się chciał wstać - Czaplicowi zjeżyły się włosy — wy-jeżdżając zapomniał wziąć broń! Obej-- i rżał sie: miał za sobą gąszcz wśród któ-rego lylko powoli jadać mógł sie zorien-- i tować! Śmierć wisiała nad nim! Nie wiadomo ko?o wezwał w duchu Boga czy szatana i komu to życie zdrajcy by- - ło potrzebne ale w teiże chwili nied- - wiedź jakby mu żal było bankietu spuś-cił głowę! Biały robak ?o skusił połknął "o oblizał się 1 począł dalej grzebać w próchniu Pan Czaplic stracił ochotę do dalszej eksploracyjnej podróży świdą był ped bezpieczną strażą jeśli istotnie znajdo-wał się w puszczy Przy tym pan Czari'c spostrzegł że łatwiej jest wjechać w ma-tecznik niż zeń sie wydostać" bo dópie-- ~ ro nod wieczór dobił sie do otwartego 'póla Klnąc ruszył do dworu Drogą tą samą o kilkaset kroków naprzód szedł-chło- n niosąc na plecach nek świeżo zdartej kory wierzbowej na chodaki Na tętent konia obejrzał sie nieznacznie potem nasunął czapkę na oczy zszedł na sani brzeg gościńca skur? czył się zmalał chciał być nie zauwa-żonym Ale sterdyński pan był ciekawy Gdy slfach minął w' każdym człWieku dimyślał si świdy Koń dwoma susami dopędziH chłopa świdrujące oczy pana 7aji7ałv "w jednej ''chwiliw" ogomła twarz Michałka pamiętną z bardzo daw-nych czasów --i' - " "DrueL wsrólnikaegowłotfa!"— imi'-- :s Jedyny Polski Salon Piękności Marya's Beauiy Parlor Specjalizacja w trwalej ondulacji "Permanent" Wawes 216 Bathurst St - EM 8-44- 32 LIFE & NATURĘ Domowa Kuracja Naturalna Gdzie zawodzi wszelka7 medy cyna tam pomaga NATURALNA i P Jedyna w całci Kanadzie Mona leż leozyć się w domu Podaj dokładne olijawy choro-by a wyślemy odtfpwiednic le-karstwa i pouctepnie Mamy ZIOŁA NA SCHUDNIĘCIE — Cena $2 00 MEDICAL H£RB CENTRĘ 64 Cathedral Avenue Winnipeg 4 Man 92 W czosr DOBRY IEK JEST DLA WAS SPYTAJCIE SWEGO DOKTORA LUB DROGERZYS1E Czosnek jest naturalnym środkiem W antyseptł cznym Który usuwa za- nieczyszczenia krwi Adams Gorlic Pearles są to mało bez zapachu 1 smaku kapsułki zawierające czy- sty wjclng z caloj główki czosnko-wej 1 w tej skondensowanej formie otrzymujecie pełną wartość I wszjst-kl- e korzjsci tego Środka roślinnego Adams Gnrlic Pearies zawiera Sali-cylamld- e który uśmierza bóle przy reumatyzmie 1 artrctyzmlo Pomaga Wam czuć się zdrowiej 1 mocniej Kupcie paczkę Adams Gorlic Penrles tak jak tysiące już uczyniło Jeszcze dziś a przekonacie się ze będziecie zadowoleni żeście Je zazlt 97 P-1- 03 DLA ZABEZPIECZENIA WASZYCH OCZU ZEISS Punktal szkła do okularów już do nabycia w Kanadzie Pytajcie o nie u Waszego specjalisty od oczu 93 s OKULIŚCI OKULISTA S BR0G0WSKI 0 D Badanie oczu dorosłych I dzieci Sporządzanie recept Dopasowywanie okularów 420 Roncesjallos Ave (blisko Howard Park) Tol gabinet LE 1-42- 51 Mleszk CL 9-80- 29 P OKULISTKI Br Bukowska-Bejna- r O D Wiktoria Bukowska O D prowadzą nowoczesny gabinet okulistyczny przy 274 Roneesvalles Avenu obok Geoffrcy St Tel LE 2-54- 93 Godziny przyjęć: codziennie od 10 rano do 8 wieczór W soboty od 10 rano do 4 po pot 37S Lunsky WA 1-3- 924 recept 11 Grupa leczeniu zasilania 140 8LĄKESHORE'RD --— ' ' - i stawów - — e bardzo ale to wasza wsiat oa kukuu„ mu T kietępepo-KuMcjrj—- r ' ' "" i Zl JrSt-~Z~-L £ cy "-- --- i - ——a- - J Aftiiiś ¥%M'tićWl!Ś&& '- -i' fert ia-3-j- Ą-' 9r ' tarokrajowa [ Apteka Medwidsklch "Saniias Pharmacy" Yysyłka lekarstw do Polski 204 Bathurst St Toronto (koło Queen) Tel EM E-- 4 Dr DENTYŚCI E WACHNA DENTYSTA Godziny: 10—12 i 2—8 386 Bathurst St — EM 4-65- 15 W Dr Tadeusz Więckowski LEKARZ DENTYSTA Tel VA 2-08- 44 310 Bloor St W — Toronto przyjmuje po uprzednim porozumie-niu telefonicznym W Dr S D BRIGEL LEKARZ DENTYSTA CHIRURG — STOMATOLOG Specjalista chorób amy ustnel Physiclans' Surgcons' Bulldlng Kancelaria No 270 86 Bloor St W — Toronto Telefon WA 20056 W Dr M LUGYK DENTYSTA 2092 Dundas St W Toronto Tel RO 9-46- 82 W Dr H SCHWABE DENTYSTA 71 Howard Park Ave (róg nonccsvalles) Godz przyjęć za zara telefon LE 1-2- 005 49-- S DR T L DENTYSTA CHIRURG Mówi po polsku- - 514 St W — Toronto Tel EM 8-90- 38 r 87--P DR W W SYDDRUK DENTYSTA Prxymue po uprzednim tllonlcj nym porozumieniu 80 Roncesvallei Ave„ Toronto Tal LE 5-36- 88 1 i 1 t 41-- P r i Dr Władysława SADAUSKAS LEKARZ DENTYSTA 129 Grenadier Rd (drugi dom od Ronceivalles) Przyjmuje za uprzednim telefo-- ' nicznym porozumieniom Telefon LE 1-4- 250 s 470 St Oczy badamy okulary dostosowujemy do wszystkich defek-tów wzroku na nerwowość na ból głowy po polsku Ł mim - okulista Badanlo oczu — Dopasowywania okularów wypełnianie godziny przyjęć 930—6 599 Bloor St W Toronto Tel LE 5-15- 21 (Blisko Palmerston obok Bloor Medical Center) Wieczorami przyjmuje po uprzednim umówieniu się ST 8-Ó2- 48 [ DR TEODOR TOCZ (TickeU) Oficjalny Lekarz Związku Polaków w Kanadzie 1 Gorevale Ave Tel Luek Chiropracłis Clistic JS BRACIA ŁUKOWSCY" f&l f& nOKTORZY CHIROPRAKTYKI &vJ Specjaliści w artretyzmu reumatyzmu EM EM M WMism-- : polio lumbago syfatyki dolcgliwoicfmuslfułńw VilMX$? ?- - i stawów oraz i nomiowanią caicRo HłBliy orgsnizmil — Ji-Ua- y przfświfllenia t 1848 BLOOR ST W' fĆRÓNTÓ ONT' — TEL RO 9-225- 9'' CHURCH ST KURACJA w ume - -- ZJ --j r=: p p 3-37- 46 Sc Dundas 8-37- 54 mfŁU fi )HmJi I rm& m t 'J Si +?: K --iL U'' J V f Ą ? r 1 ST CATHARINES' ' TEL- - MU 4-3l- 6t f J —-- % d Zbigniew H Boyko DC DOKTOR CHIROPRAKTYKI Specjalizacja leczenia artretyzmu reumatyzmu lumbago syjutyki dolegliwości muskulów" Gabinet wyposażony najnowsze urzAdzenia1 'X-Ra- y prześwietlenia prószlpana wole-J- uz zawiże Czuł:źe'gneła myśrpiorunem- -2 '"-"- jj STRI-7- W GRAN0WSKI Okulista College Mówimy wmlmti f t im - mimico % cl £223i WłimMm Wwml m I i !#l¥tMiW#MfSi iii mMłmmmmwMmMMSMmMMmmŁ |
Tags
Comments
Post a Comment for 000470b
